|
Nowy przekład Władcy Pierścieni |
Agnieszka Sylwanowicz |
|||
|
|
||||
|
|
||||
|
Recenzja
nowego tłumaczenia znanej powieści, której treść, przesłanie,
bohaterowie i cała otoczka literacka została już gruntownie
przeanalizowana, siłą rzeczy musi skupić się na stronie formalnej,
czyli na samym przekładzie. Szczególnie, jeśli chodzi o Władcę
Pierścieni, powieść wyrosłą z fascynacji autora-filologa językiem
i dla której język jest bardzo ważny. Nieodparcie też nasuwają, się
porównania z tłumaczeniem poprzednim. Nie
jestem zażartą, przeciwniczką nowych tłumaczeń, tym bardziej, jeżeli
istnieje jakieś dla nich uzasadnienie, jak w przypadku wydania słynnej Fredzi
Phi-Phi: tłumaczka chciała pokazać, jaki naprawdę jest Winnie
the Pooh, u nas zwany Kubusiem Puchatkiem. Wrzawa, jaka się
wtedy podniosła, wzięła się głównie z tego, że Fredzia została
odebrana jako atak na ukochanego Kubusia, a nie jako neutralna i dość
przemyślana próba przybliżenia nam oryginału. Z ciekawością,
podchodzę do nowych tłumaczeń rzeczy dobrze przełożonych poprzednio,
chociaż wtedy rozmowa o odmiennych wersjach sprowadza się do rozmowy o
gustach. Jeżeli to nowe tłumaczenie jest dobre. Dlatego bez uprzedzeń
przystąpiłam do lektury Bractwa Pierścienia J.R.R.
Tolkiena w przekładzie Jerzego Łozińskiego. Nie
podobało mi się od samego początku, czyli od tak zwanego "wiersza
Pierścieni", ale do niego wrócę później. Mam
zarzuty dwojakiego rodzaju: co do przyjętej ogólnej koncepcji przekładu
tej powieści i co do jej szczegółowej realizacji, a dochodzą, do
tego różne błędy merytoryczne. Jerzy Łoziński przetłumaczył z
angielskiego nazwy własne. Mają, one w powieści ogromne znaczenie,
ponieważ wnoszą, do niej głębię lingwistyczną, stanowiąc jeszcze
jeden element spójności świata stworzonego przez Tolkiena, świata, który
powstał wokół stworzonych przez autora języków. Dlatego do sprawy tłumaczenia
nazw własnych trzeba podchodzić niezwykle ostrożnie. Autor dobierał je
szczególnie starannie w przypadku Shire'u, chcąc i w ten sposób oddać
atmosferę wiejskiej Anglii. (Posunął się nawet do tego, że w
poszukiwaniu nieskażonych angielskich nazwisk korespondował z mieszkańcem
Pensylwanii, rejonu, gdzie angielscy osadnicy stanowili dość hermetyczną,
społeczność.) Pewną
pomocy może tu służyć ok. 25-stronicowy Przewodnik po nazwach
własnych we "Władcy Pierścieni",
napisany przez Tolkiena na użytek przyszłych tłumaczy około roku 1960,
w którym zaleca tłumaczenie nazw występujących w języku angielskim,
po czym podaje ich listę z wyjaśnieniem znaczeń. Jak sam pisze, nie
powinno nastręczać to szczególnych kłopotów w przypadku języków
germańskich; w innych sprawę pozostawia w zasadzie do uznania tłumacza.
Nazwy nie występujące na liście powinny pozostać w wersji oryginalnej. Jerzy
Łoziński potraktował wskazówki Tolkiena wybiórczo. Widać to przy
jednym z najważniejszych nazwisk - Baggins (pozostanę przy
propozycjach Marii Skibniewskiej). Tolkien zalecałby je przetłumaczyć
zgodnie ze znaczeniem "bag" - 'torba, worek'. W "Bagoszu"
mamy tylko spolszczona końcówkę, element "bag " nadal zostaje
dla Polaka niezrozumiały. Natomiast całkowicie zgodnie ze znaczeniem
zostały przetłumaczone inne nazwiska, jak Bracegirdle czy Burrows (Pasopust,
Noracz), oraz nazwy miejscowości (Frogmorton - Żabie Muły, Rushy - Kępa,
Bywater - Przywodzie, Shire - Włość). Wbrew Tolkienowi celtyckie Bree
('wzgórze') stało się niewiadomego pochodzenia "Birem". Górnolotnie
brzmiące imiona w rodzie Tuków miały zostać nietknięte, Everard Tuk
został jednak Eklerem (!), choć Peregrin się ostał. Nazwisko Gamgee,
jako autentyczne i pozbawione znaczenia, nie miało być tłumaczone,
my jednak mamy do czynienia z Gadułą. (Ciekawostką jest, że do
Tolkiena napisał list autentyczny Sam Gamgee). Spośród trzech
hobbickich szczepów Stoorowie mieli zostać w oryginale, Jerzy Łoziński
zrobił z nich jednak Tęgów, stosując się do zaleceń Tolkiena tylko w przypadku
Fallohidów (Bladoskórowie) i Harfootów (Kosmostopowie). Mimo że
Tolkien wyraźnie powiedział, że gospoda "The Golden Perch"
wzięła swa nazwę od okonia, my otrzymujemy "Złota Gałąź"
("perch" - 'okoń'; 'grzęda'; 'żerdź, tyczka'). Nazwa krainy
Hollin pochodzi od licznie tam rosnącego ostrokrzewu ("holly"),
skąd więc wziął się Swent - czyżby od słowiańskiego słowa
oznaczającego coś świętego? "Pola Gladden" to
"Szafranowe Pola", mimo że rosły na nich kosaćce. "Scary"
miało zostać jedynie przystosowane do pisowni języka przekładu, stąd
też mamy "Skarę". "Mathomy" zmieniły się w "maszomy»
wbrew zaleceniom autora, natomiast "smajale" do nich się
stosuje. Jak więc widać, Jerzy Łoziński konsekwentnie wszystko
spolszczył, traktując wskazówki Tolkiena tak, jak mu było wygodnie. Stąd
wziął się Tajar (Rivendell -'dolina w głębokim wywozie'), którego
tłumaczenie Tolkien zostawił do uznania tłumacza. W efekcie otrzymujemy
likwidację polsko - angielskiego chaosu widocznego w przekładzie Marii
Skibniewskiej. Powstaje jednak jeden problem - na podstawie uwag Tolkiena
można wysnuć wniosek, że zalecenia z Przewodnika dotyczy języków
germańskich, w których podobne nazwy brzmiały podobnie. Nie jest
jednoznacznie powiedziane, że w innych językach trzeba je tłumaczyć.
Tym bardziej, co wiadomo z listów Tolkiena, że jako powieść Władca
Pierścieni jest jedynie fragmentem olbrzymiego dzieła, które miało
być mitologią dla Anglii. Co jednak z Anglią mają wspólnego słowa
typowo polskie, jak "waść", "waszmościowie"
(Polakowi nieodparcie przywodzące na myśl superpolską Trylogię
Sienkiewicza), Tajar, Gorzaleń, Pyzowie, Włość? Ten ostatni pomysł
jest chybiony, ponieważ cały Shire był wzorowany na angielskiej wsi (stąd
wyszukiwanie oryginalnych nazwisk angielskich). Jak słusznie zauważył
dawno temu jeden z polskich tłumaczy, trzeba uważać, żeby angielska
łąka nie zaczęła pachnieć polskim sianem. Innymi słowy nie należy
gubić w tłumaczeniu kolorytu lokalnego. Wiedziała o tym - choć nie
wprowadziła tego konsekwentnie w życie - Maria Skibniewska, o czym świadczy
list Tolkiena z września 1959 r. do jego wydawcy. Przytoczę tu
fragment tego listu: "Przykro mi, że [...] nie odpowiedziałem na
list pani Skibniewskiej. [...] Nie jestem w stanie sporządzić dla niej
szczegółowych wskazówek. [...] Powinna kierować się ogólna zasada,
żeby jak najmniej tłumaczyć czy zmieniać nazwy. Jak sama zauważa,
jest to angielska książka i jej angielskość nie powinna ulec zatarciu.
[...] Moim zdaniem nazwiska osób powinny zostać nietknięte. Wolałbym
także nie ruszać nazw miejscowych, łącznie z Shire. Sądzę, że najwłaściwszym
wyjściem byłoby dołączenie na końcu książki listy nazw mających
jakieś znaczenie po angielsku z wyjaśnieniami po polsku." Skoro
już mowa o polskości, to nie sposób pominąć "krzatów". Na
pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, szczególnie wziąwszy
pod uwagę dowcipne uzasadnienie pisowni. Ja jednak uważam, że nie jest
to dobre tłumaczenie: za bardzo kojarzy się z naszymi około pięciocentymetrowej
wysokości psotnymi skrzatami, w "krasnoludach" natomiast zalety
elementu "lud" (skojarzenia z "wielkoludem" i wyraźne
przeciwstawienie "-ludkowi" z "krasnoludka") przewyższają
wady "krasno-". Zresztą w mitologii słowiańskiej skrzaty czy
krzaty też nosiły się na czerwono. Bardzo dobrze, że tłumacz odmienia
"krzaty" osobowo, ale zarzut, że nie da się tego zrobić z
"krasnoludami", jest niesłuszny. Jeśli zaś droga jest mu
godność tolkienowskich "dwarves", to dlaczego "Bilbo wziął
ze stojaka swój ulubiony kij i gwizdnął. Z trzech różnych pokoi
wyskoczyło trzech krzatów"? Przecież to wygląda komicznie.
Krasnoludowie na pewno nie wyskoczyliby z pokojów niczym psiaki na
gwizdnięcie, tym bardziej, że w oryginale jest zupełnie neutralne
"came out". Trzeba też dodać, że "krasnoludy"
zadomowiły się w języku polskim - tej nazwy używa się w tłumaczeniach
książek innych autorów, powszechnie posługują się nią gracze. Największą
jednak wadą Bractwa Pierścienia jest to, że Jerzy Łoziński
nie zna świata Władcy Pierścieni. Dlatego Earendil pływa
po Arvernien, choć jest to led, a nie obszar wodny (co prawda w tym
samym wierszu, pieśni o Earendilu, tłumacz niespodziewanie ujawnia wiedzę,
że Góra to Amon Uilos, choć nazwa ta w wierszu nie występuje); dlatego
Jedyny Pierścień ni stąd, ni zowąd otrzymał kamień; angielskie
"Eldar", czyli Eldarowie (trzy najszlachetniejsze plemiona elfów),
staje się "krainą Eldar", bo zamiast "władców Eldarów"
mamy "władców Eldaru"; dom Elronda jest nazwany
"zamkiem", ithildin okazuje się być pismem, które odbija
tylko światło gwiazd, podczas gdy w rzeczywistości jest to mający
takie właściwości metal; Toma Bombadila Elrond nazywa "Wiekowym
Bezimiennym", podczas gdy naprawdę jest on "oldest and
fatherless" - u Marii Skibniewskiej "najstarszy i nie mający
ojca". "Bezimienny" jest natomiast określeniem Saurona.
Takich rzeczy nie wolno mieszać. Sauron jest Bezimienny, to znaczy nie
wypowiada się jego imienia, by nie sprowadzić nieszczęścia. Jest on
także określany wieloma innymi nazwami, najczęściej
"Nieprzyjaciel" ("Enemy"). Jerzy Łoziński w sposób
zupełnie nieuprawniony konsekwentnie zmienia je na "Złego",
czego na pewno nie zrobiłby nikt mieszkający w Śródziemiu. Z
najgorszym jednak przykładem takiej nieuprawnionej interpretacji stykamy
się tuż po otworzeniu książki: w wierszu Pierścienia czytamy, że
zwycięży niechciana moc Mordoru. Na jakiej podstawie tłumacz wyciagnął
ten wniosek? Bo na pewno nie znalazł go w żadnym z pism Tolkiena, a już
na pewno nie w samym wierszu. Podobnie też Jerzy
Łoziński gubi dowcipy. Ani Tolkien, ani Gandalf nie byli nadęci i
potrafili żartować. Na przykład u Marii Skibniewskiej mamy, zgodnie z
oryginałem: "Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak
dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę
mniej, niż zasługujecie", a u Jerzego Łozińskiego zaledwie
"Nie wszystkich z was poznałem przynajmniej w połowie tak dobrze,
jakeście sobie na to zasłużyli." Dowcip językowy w nazwisku
Proudfoot oparty na nieregularności liczby mnogiej rzeczownika "foot"
'stopa' (przez przegłos: "feet", a nie przez regularne dodanie
końcówki "-s"), czyli zestawienie "Proudfoots" z
"Proudfeet", u Skibniewskiej całkiem pominięty, w
"Bractwie Pierścienia" wypadł blado: zestawiono formę "Hardostopczykowie"
z "Hardostopachami". Bliższe intencjom autora byłoby coś w
rodzaju "Dumnostopy" (na zasadzie "Cienistogrzywego")
i liczba mnoga "Dumnostopi" oraz "Dumnostopowie".
Zabawny dialog Marii Skibniewskiej "Będziesz miał oko na Froda,
prawda?" - "Nawet parę oczu, w miarę możności" u Łozińskiego
wszystko traci: "Będziesz miał na niego baczenie, prawda?" -
"Oczywiście, jeśli tylko wzrok mi dopisze." Przecież Gandalf
nie był ślepnącym starcem! A w oryginale
jest: "You'll keep an eye on Frodo, won't you?" - "Yes, I
will - two eyes, as often as I can spare them." W
końcu zupełnie przepadł też żart ukryty w nazwisku Sackville-Baggins:
Tolkien, znany gallofob, wyśmiewa się z arystokratycznego napuszenia
tego francusko brzmiącego nazwiska i w zestawieniu go z niesympatyczna
rodzina Lobelii robi z niego element całkowicie nie pasujący do
angielskiej wsi. Jest to tym śmieszniejsze, że "Sackville" i
"Baggins" znaczy mniej więcej to samo. Ani "Bagoszowie z
Sakowa", ani "Bagginsowie z Sackville" nie są dobrym rozwiązaniem.
Już chyba lepiej byłoby zostawić nazwisko w oryginale, bo jest w nim i
element "saka", i brzmi z francuska. Jerzy
Łoziński miał szansę poprawić nieliczne lapsusy Marii Skibniewskiej.
Przede wszystkim dobrze przetłumaczył tytuł książki - The Fellowship
of the Ring to właśnie Bractwo Pierścienia,
a nie Wyprawa. Udało mu się też pozbyć pola pieczarek na rzecz
oryginalnego zagonu rzepy, na tym jednak sprawa pieczarek się nie kończy,
bo Tolkienowe "he caught me several times trespassing after mushrooms"
oddaje jako "złapał mnie kilka razy, jak szukając grzybów, zapędziłem
się na jego ziemię", podczas gdy angielski tekst jednoznacznie mówi,
że Frodo specjalnie się na owe grzyby - czy też pieczarki, które
przecież rosną na łąkach -wyprawiał w celu kradzieży, i co uwzględniła
Maria Skibniewska: "często przyłapywał mnie w szkodzie w swoich
pieczarkach." Prawie się Jerzemu Łozińskiemu udało poprawić
swoja poprzedniczkę przy nieszczęsnym "Gryfie" ("Shadowfax"),przemianowanym
na "Szarogrzywego". Gorzej mu poszło z bardzo ważna gra słów
oparta na "pity', wyrazie znaczącym i 'szkoda', i 'miłosierdzie'.
Tak więc Tolkien
pisze: "What a pity that
Bilbo did not stab the vile creaturel" -
"Pity? It was Pity that stayed his hand. Pity, and Mercy." U
Marii Skibniewskiej mamy: "Jaka szkoda, że Bilbo nie zadźgał tej
poczwary!" - "Szkoda? Przecież to litość wstrzymała wówczas
jego rękę. Litość i miłosierdzie", a u Jerzego Łozińskiego:
"Jaka szkoda, że Bilbo nie zadźgał tej kreatury." "Szkoda?
To litość powstrzymała jego rękę. Litość i współczucie." Może
lepsze byłoby coś w rodzaju: "Żałuję, że Bilbo..." -
"Żałujesz? To właśnie żal..." itd. Ja
natomiast żałuję, że Jerzy Łoziński zrobił tak niestaranne tłumaczenie.
Tolkien jest szczególnym pisarzem. Stworzył rozległy i pod każdym względem
bardzo przemyślany świat. Chcąc rzetelnie przetłumaczyć cokolwiek z
jego spuścizny trzeba się zapoznać z jej całości, (teraz już w pełni
dostępna w języku angielskim, czego nie można było powiedzieć o
czasach, kiedy tłumaczyła Maria Skibniewska) - mam tu na myśli głównie
biografię i listy Tolkiena, pomocny jest także przewodnik-leksykon Encyklopedia
Śródziemia Fostera. Z przykrością stwierdziłam, że nowe tłumaczenie
pierwszego tomu Władcy Pierścieni sprawia wrażenie, że
Jerzy Łoziński książek tych nie zna, a nawet że nie doczytał samej
powieści do końca - bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zmienia
Baranduinę na Goranduinę, dopasowując tę nazwę do pomysłu nazwania
Brandywiny Gorzawina? W Dodatku F wyraźnie jest wywiedziona
etymologia obu nazw oraz jest napisane, że jakiekolwiek celowe
skojarzenie nazwiska "Brandybuck" (związanego z Brandywiną z
alkoholem jest dla tego rodu obraźliwe. Poza tym rzeka ta w języku elfów
nazywa się Baranduin. Koniec, kropka. Podobnie rzecz ma się z pisownia.
W przypisie do Przedmowy Jerzy Łoziński wyjaśnia, co i dlaczego (głównie
w trosce o polskiego czytelnika) zmienił w pisowni języka elfów,
podczas gdy w Dodatku E Tolkien swoją pisownię szczegółowo
uzasadnia - przykład litery "c" i "k" odróżniają
wyrazy z języka elfów od wyrazów z innych języków (jest to dla całej
struktury językowej Władcy Pierścieni sprawa bardzo ważna).
W Bractwie Pierścienia nie wiadomo, które imię pochodzi z
którego języka. Zmiana "w" na "u" jest dyskusyjna -
ja przynajmniej nie utożsamiam głoski zapisywanej przez "u" z
głoską zapisywaną przez "ł" i "Aruena" czytam jak
'aru-ena'. Nic się chyba nie stanie, jeśli ktoś przeczyta "Arwena"
jak "Elvis" (weźmy przykłady spolszczonych nazwisk Waszyngton
czy Szekspir. Poza tym przykład Elvisa Presleya nie jest tu najszczęśliwszy,
bo mało kto w Polsce wymawia jego nazwisko prawidłowo. Według zasady
Jerzego Łozińskiego powinno się je pisać "Presli".)
Natomiast rezygnacja z "th" na rzecz "t" jest zupełnie
niedopuszczalna - w językach Tolkiena ten dźwięk przecież istnieje. A
że tego dźwięku w polszczyźnie nia ma... Tolkien był głęboko przywiązany
do swoich języków, cyzelował je bardzo starannie. Do tego stopnia utożsamił
postać Luthien ze swoją żoną, że na jej nagrobku kazał wypisać to właśnie
imię - Luthien. Ingerencja w pisownię tak ważnego dla Tolkiena imienia
(a z nim wielu innych) naprawdę nie powinna była mieć miejsca. Podobnie
"Otto", w który zmienił się "Otho" brzmi za bardzo
z niemiecka (co jest sprzeczne z zamierzeniami Tolkiena). Na szczęście -
a może przez niedopatrzenie - ocałał "Thorin" i "Thror",
podobnie jak wszystkie "th" w inwokacji do Elbereth. Zmienienie
natomiast "Lothlorien" w "Lotarorię" i "Lorien"
w "Lorię", nazw, którym Tolkien nadał taką, a nie inną formę
ze względu na ich miłe jego uchu brzmienie i znaczenie, jest wręcz
pogwałceniem praw autorskich. Z drugiej strony bardzo mi się podoba
zachowanie oryginalnych znaków diakrytycznych. To, że mogą one utrudnić
czytanie, na szczęście nie zostało wzięte pod uwagę. Mam
też wrażenie, że tłumacz nie ufa swojemu autorowi, ponieważ potrafi
coś opuścić albo dodać od siebie. Na przykład nie dowiemy się z
"Bractwa Pierścienia", że po ucieczce przez bród na Bruinenie
koń Glorfindela stał na straży nieprzytomnego Froda. Za to kiedy Obieżyświat
u Marii Skibniewskiej "odparł" (u Tolkiena "said"), u
Jerzego Łozińskiego "skrzywił się z powątpiewaniem".
Dlaczego? I dlaczego Gandalf przydepnął kopertę z Pierścieniem, skoro
Tolkien tego nie opisał? Stosunkowo
najmniej zarzutów mam do wierszy. Szczególnie podobały mi się te o
Nimrodel, o Durinie, wiersz "Przy ogniu siedząc...", ponieważ
zachowują rytmikę oryginału i są pozbawione nieco denerwującej
maniery posługiwania się pokrętnym, barokowym stylem, tak wyraźnym w pieśni
o Gil-galadzie. U Włodzimierza Lewika jest ona dość oszczędna w środkach,
wierna oryginałowi, utrzymana w dobrym rytmie, natomiast u Jerzego Łozińskiego
jest przeładowana emocjonalnie, czasami niejasna, ma zachwiany rytm. Z
podobnych względów nie podobał mi się też wiersz o Luthien,
gdzie ponadto ważnym elementem jest szalej (to wśród szaleju Tolkien
spacerował po lesie ze swoją żoną), który u Jerzego Łozińskiego nie
ocalał. Słowa Aragorna następujące po wierszu są tu bardzo na
miejscu: "... To, co słyszeliście, jest tylko dalekim echem oryginału."
Drobna nieuwaga przy czytaniu dwukrotnie pojawiającego się wiersza
"Biorąc od drzwi swój poczatek..." (w oryginale stopy są raz
"weary" - 'znużone', a raz "eager" - 'ochocze')
sprawiła, że w Bractwie Pierścienia mamy dwa razy
"obolałe", a w Wyprawie - dwa razy "skore".
Przy tłumaczeniu wierszy, które w zamyśle Tolkiena były śpiewane, można
też sobie pomagać muzyka ułożoną do nich przez Donalda Swanna i
zaakceptowaną, przez autora. Do
mojej negatywnej opinii o Bractwie Pierścienia przyczyniają
się też według mnie nietrafione tłumaczenia nazw własnych. "Łazik"
to raczej wóz terenowy niż król na wygnaniu. Szare Nabrzeża tracą
skojarzenia obecne w bliższej oryginałowi Szarej Przystani ("haven"
to nie tylko 'port', ale i 'schronienie'). Sępna Puszcza ma dla mnie więcej
coś z sępa niż oryginalnego mroku. Staroleń wygląda na złożenie
(według zaleceń Tolkiena) "starego" z "jeleniem",
ale za bardzo traci "leniem". W "Hardostopachach" za
mało jest stóp, a za dużo pach. No i nie sadzę, żeby można było właściwymi
nazwać skojarzenia, jakie mogą się nasunąć w związku z "Bagosznem".
Wolę też, jeśli mieszkańców Numenoru nazywa się Numenorejczykami, a
nie, jak u w "Bractwie Pierścienia", Numenoryjczykami. Można
powiedzieć, że czepiam się drobiazgów. Niestety, to nie ja, to one
czepiają się mnie. Nie znam oryginału ani tłumaczenia Marii
Skibniewskiej na pamięć i nie wyszukiwałam tych przykładów porównując
oryginał z przekładem, a po prostu przerywałam czytanie, znalazłszy coś,
co mi nie pasowało do całości, do atmosfery, do ducha oryginału. Tłumacz
przede wszystkim jest winien szacunek autorowi, bez względu na to, czy ma
do czynienia z pogardzanymi "arlekinami", czy z Władca
Pierścieni. Tyle że w przeciwieństwie do "arlekinów"
u Tolkiena liczy się naprawdę każde słowo, starannie wpasowane w dzieło.
Wiadomo z jego listów, że bardzo się interesował przekładami swoich
książek i nie życzył sobie żadnych ingerencji niezgodnych z jego
intencjami. Jego stosunek do swego dzieła dobrze oddaje to, co w 1956 r.
pisał w sprawie holenderskiego przekładu książki do swojego
wydawnictwa: "Tekst Władcy Pierścieni (we wszystkich
szczegółach) traktuję o wiele bardziej zazdrośnie [od Hobbita].
Nie zgodzę się na żadne zmiany, czy to większe, czy mniejsze, na żadne
przestawienia czy skróty - chyba że zrobię je sam lub powstaną one w
wyniku bezpośrednich konsultacji ze mną. Żywię głęboką nadzieję,
że zostanie to wzięte pod uwagę." I: "Wyrażam absolutny
sprzeciw co do "tłumaczenia" nazewnictwa (nawet przez osobę
kompetentną). Ciekawe, dlaczego tłumacz miałby się czuć powołany czy
uprawniony do czegoś takiego. To, że jest to świat
"wyimaginowany", nie uprawnia tłumacza do przekształcania go
według swego widzimisię, nawet jeśli w ciągu kilku miesięcy potrafiłby
stworzyć nowa, spójną konstrukcję, której stworzenie zajęło mi całe
lata. Zakładam, że gdyby hobbici mówili po włosku, rosyjsku, chińsku
czy w jakimkolwiek innym języku, to zostawiłby nazwy własne w spokoju.
[...)Przecież książka jest angielska, napisał ją Anglik, i
prawdopodobnie nawet ci, którzy chcieliby przeczytać ją we własnej
mowie, nie będą żądać od tłumacza, żeby celowo starał się
zniszczyć koloryt lokalny. Ja o to tłumacza nie proszę." Tłumacz
nie może też sprowadzać czytelnika na manowce. A to łacno może się
zdarzyć, jeśli badacze dzieł Tolkiena zbudują jakiś zakon religijny
wokół postaci tajemniczego mnicha lub zaczną prowadzić dysputy na
temat pogańskiego fatalizmu Tolkiena, skoro napisał książkę o tym,
jak to w świecie bez nadziei (moc Mordoru zwycięży, niechciana)
trzeba jednak robić swoje i gdzie mimo wszystko wybór jest bez
znaczenia. Przykro
mi, że musiałam czasem użyć mocnych słów, ale Tolkien wymaga
nadzwyczajnej staranności przekładu. I mimo niedociągnięć Marii
Skibniewskiej, jej Wyprawę uważam za znacznie lepsza od Bractwa
Pierścienia Jerzego Łozińskiego. Tłumaczenie to jest
szlachetniejsze, bardziej powściągliwe, wierniejsze duchowi oryginału.
I nie mogę nawet powiedzieć za krytykiem Fredzi Phi-Phi,
że tłumacz zrobił kawał solidnej, nikomu nie potrzebnej roboty. Ta
robota nie jest nawet solidna.
|
||||

