|
Przybycie do Bree VIII rozdział Powrotu Cienia |
J.R.R. Tolkien |
|
|
|
||
|
Opisując
mieszkańców Bree mój ojciec kontynuował bez przerw opowieść z rozdziału
VII (Upiór Kurhanów). Następnie nadpisywał piórem pierwotny tekst kreślony
ołówkiem. W tej postaci, o ile to konieczne, przedstawię poniżej tę
opowieść. 1 Była
ona pod pewnymi względami niewielka– liczyła być może z 50 domów
pobudowanych na zboczu wzgórza. Miała też dużą gospodę dla podróżujących
w górę i w dół Gościńca, chociaż było ich teraz znacznie mniej niż
onegdaj. Osada była tak naprawdę zbudowana przez Dużych Ludzi (najbliższe
Shire siedlisko tej dużej i tajemniczej rasy). Niewielu z nich mieszkało w
tych dniach tak daleko na Zachodzie, a lud Bree (razem z tymi z sąsiadujących
wsi Staddle i Crick) był dziwną i raczej izolowaną społecznością, nie
podlegającą nikomu, co najwyższej sobie (i bardziej przyzwyczajeni do
interesów z hobbitami, krasnoludami i innym niezwykłymi mieszkańcami tego
świata niż było, czy też jest, w zwyczaju Dużych Ludzi). Byli śniadzi,
ciemnowłosi, szerocy w barach i niewysocy. Usposobienie mieli pogodne i
byli niezależni. Ani oni, ani też ktokolwiek nie wiedział, kiedy się
osiedlili tu, gdzie teraz są. Ziemie przez wiele mil na wschód były całkiem
opustoszałe w tych czasach. Żyło tam też trochę hobbitów – niektórzy
wyżej na samym zboczu Wzgórza Bree, a wielu w dolinie Combe po wschodniej
stronie. Nie wszyscy hobbici żyli w Shire, co oczywiste, lecz Pozaziemscy
byli chłopscy, nie mówiąc (choć w Shire często tak mawiano), że byli
niecywilizowanego rodzaju. Pewna część była po prawdzie nie lepsza od łazików,
czy nawet włóczęgów, gotowych ryć norę w byle zboczu i przestawać tam
tak długo, lub krótko jak im to wygodnie. A zatem lud Bree był, jak
widzicie, wystarczająco zaznajomiony z hobbitami, cywilizowany, lub wręcz
przeciwnie, no i Most na Brandywinie nie był aż tak daleko. Nasi hobbici,
jednakże nie znali mieszkańców Bree i gdy tak jechali na kucykach, to
tamtejsze domy wydawały się im dziwne, wielkie i wysokie (niemal jak wzgórza). W
tym miejscu mój ojciec usunął ten fragment i rozpoczął od nowa.
Systematycznie numerował strony od początku Rozdziału VI (opowieść o
Upiorze Kurhanu), lecz gdy dotarł do piosenki Binga w gospodzie zdał sobie
sprawę, że znalazł się na dobre w nowym rozdziale i napisał w tym
miejscu „VII” , tj. na początku nowego opisu ludu Bree. I znów
nie ma tytułu.
Rękopis tego rozdziału jest niezwykle złożonym dokumentem: ołówek
nadpisany atramentem (czasem pozostał częściowo czytelny, czasem wcale),
ołówek nie nadpisany, lecz przekreślony, ołówek pozostawiony i świeża
kompozycja w atramencie, wraz z poprawkami na karteluszkach i mnogość odnośników
do dopisków. Nie ma powodu by uważać, że te „warstwy” są
znacząco odległe w czasie, lecz, że opowieść ewoluowała w trakcie, gdy
ojciec ją pisał: a jedyną drogą by zaprezentować zwarty tekst jest
przedstawienie rękopisu w jego ostatniej postaci. Wiele z tego zostało
zachowane, co można zobaczyć wyraźnie z pełnego tekstu tak jak powstawała
opowieść. Rozdział ten jest przedstawiony niemal w całości, jednak dla
wygody podzieliłem go dla potrzeb tej książki na dwa rozdziały,
przerywając narrację w miejscu, gdzie w „Wyprawie”/”Drużynie
pierścienia” kończy się Rozdział 9 „Pod Rozbrykanym
Kucykiem” i rozpoczyna się 10 „Obieżyświat”.
Wzajemne powiązania w strukturze rozdziałów bieżącej części
opowieści są niezwykle złożone i najlepiej można to zobaczyć z tabeli:
Jak będzie można zobaczyć już od początku tego tekstu, że
obecność Ludzi w Bree została chwilowo zarzucona, a opis ich wyglądu w
odrzuconym urywku jest obecnie zastosowany do hobbitów Kraju Bree;
gospodarz jest hobbitem, a gospoda „Pod Rozbrykanym Kucykiem” ma
okrągłe frontowe drzwi wiodące wprost w zbocze Wzgórza Bree.
Byli oni oczywiście z ludu hobbitów, którzy mieszkali w Bree (i w
sąsiednich osiedlach Combe i Archet).2 Bo nie wszyscy hobbici żyli
w Shire, ale Pozaziemscy byli chłopscy, nie
mówiąc (choć w Shire często tak mawiano), że byli niecywilizowanego
rodzaju i nie zwracano na nich uwagi. W tamtych czasach było ich
prawdopodobnie całkiem wielu rozsianych w Zachodniej części świata, więcej
niż obywatele Shire mogli to sobie wyobrazić, chociaż nie lepszych od łazików,
czy nawet włóczęgów, gotowych ryć norę w byle zboczu i przestawać tam
tak długo, lub krótko jak im to wygodnie. Mieszkańcy Bree, Combe i Archet,
jednakże, to osiadły lud (i tak naprawdę nie bardziej chłopscy niż większość
ich odległych krewnych w Hobbitonie) – ale byli raczej niezwykli i
niezależni, a i nie podlegali nikomu, co najwyżej sobie. Byli bardziej śniadzi,
mieli ciemniejsze włosy, byli też lekko tężsi, bardziej postawni (a być
może i nieco twardsi), niż przeciętny hobbit z Shire. Ani oni, ani nikt
inny nie wiedział, dlaczego i kiedy osiedlili się właśnie w tym miejscu,
lecz tu, gdzie byli wiedli życie w miarę dostatnie i byli zadowoleni. W
tamtych dniach kraina na wiele, wiele lig wokół była opustoszała i
niewielu ludzi (Dużych, czy Małych) można było zobaczyć w zasięgu dnia
marszu. Dzięki Gościńcowi gospoda w Bree była całkiem duża, lecz
przybywający, lub odchodzący, ze Wschodu, lub Zachodu, byli w mniejszej
liczbie niż onegdaj i gospoda stała się obecnie głównie miejscem spotkań
dla leniuchujących, gadatliwych, towarzyskich i ciekawskich mieszkańców
osiedli oraz dla dziwacznych osadników z dzikszych okolic.
Nasi czterej hobbici byli bardzo zadowoleni, kiedy to w końcu
wjechali do Bree. Drzwi
do gospody stały otworem. Były to duże, okrągłe drzwi wiodące do wnętrza
Wzgórza Bree. Droga przed nimi zawracała, wijąc się w prawą stronę, a
potem znikała w ciemności. Światło wylewało się na drogę przez drzwi,
ponad którymi bujała się lampa, a pod nią godło – tłusty, biały
kuc stojący na tylnych nogach. Tuż nad drzwiami wymalowano białymi
literami: Pod Rozbrykanym Kucykiem Barnabasa Butterbur.3 Ktoś w
środku śpiewał piosenkę.
W chwili, gdy hobbici zsiedli z koni piosenka skończyła się, a
sala wybuchła śmiechem. Bingo wkroczył do środka i niemal wpadł na
największego i najgrubszego hobbita, jakiego kiedykolwiek zobaczył na własne
oczy w całym swym życiu w dobrze odżywionym Shire. Był najpewniej pan
Butterbur we własnej osobie. Opasany był białym fartuchem i pędem
przemierzał korytarz to wpadając przez jedne drzwi, to wypadając przez
drugie niosąc tacę pełną pełnych kufli. –
Czy możemy ... ? –spróbował się zapytać Bingo.
- Chwileczkę, jeśli łaska, - krzykną przez ramię gospodarz, ginąc
poza drzwiami w harmidrze głosów i chmurze dymu. Po chwili wyszedł
wycierając ręce w fartuch. – Dobry wieczór, mości panie, - rzekł.
– Czegóż to pan ode mnie oczekuje?
- Łóżek dla czterech i stajni dla pięciu kucyków, - odpowiedział
Bingo, - jeżeli da się temu zaradzić. Dzisiaj przejechaliśmy kawał
drogi. To pan jest Butterbur, jak sądzę?
- Tak jest, - potwierdził, - Barnabas to moje imię, Barnabas
Butterbur, do pańskich usług – na tyle, ile to możliwe. Albowiem
dom jest wypełniony niemal do ostatka, a i ze stajniami podobnie.
- Obawiałem się tego, - rzekł Bingo. Słyszałem, że to wspaniały
dom. Został on nam gorąco polecony przez naszego przyjaciela Toma Bombadil,
aby się tu zatrzymać.
- A zatem wszystkiemu da się zaradzić! – powiedział
pan Butterbur, z szerokim uśmiechem klepiąc się po udach. – Zachodźcie
do środka! A co tam u starego druha? Wesół i zbzikowany, lecz bardziej
wesoły niż zbzikowany. Jestem tego pewien! Dlaczego też nie wpadł do
mnie, a wtedy mielibyśmy zabawę jak się patrzy! Hej, Nob!4 Chodź
tutaj! Gdzie jesteś ty wełnianostopy ślamazaro? Weź bagaże gości!
Gdzie jest Bob? Nie wiesz? No dobra, znajdź go! A chyżo! Nie mam sześciu
nóg, ani też sześciu rąk, ani sześciu oczu. Powiedz Bobowi, że jest pięć
kucyków, które muszą być oporządzone. Dobra, a co ciebie. Tak, musisz
wtedy przygotować pokój, a jeżeli trzeba to i sypialnie!5 Na
prawo, do środka, panowie, proszę wszystkich. Miło spotkać panów! Jakie
nazwiska panowie podali? Pan Hill, Rivers, Green i pan Brown.6 Nie muszę mówić, że nie słyszałem przedtem tych nazwisk,
ale miło mi je poznać i jest zaszczycony spotkaniem z panami.
Bingo oczywiście wymyślił je pod wpływem chwili, jako że nagle
poczuł, że nie byłoby całkiem rozsądnie ogłaszać swe prawdziwe
nazwiska w pełnej hobbitów gospodzie położonej przy głównej drodze.
Pan Hill, Rivers, Green, Brown7 brzmią nieswojsko w uszach
hobbitów niż nam to się by wydawało, a pan Butterbur miał swój własny
powód uważając je za niewłaściwe. Jednakże nic jeszcze o tym nie
powiedział.
- Ale teraz, - gospodarz kontynuował, - ośmielę się powiedzieć
jest wiele dziwnych nazwisk i dziwnych przybyszów, o których nigdy w tych
stronach nie słyszeliśmy. Nie widzieliśmy też tylu obywateli Shire, co
obecnie. Dawne to czasy, kiedy to Took’owie, nie, co teraz, często
wpadali na szklaneczkę ze mną czy też z moim starym tatą. Zacny ludek ci
Took’owie. Mówią, że w ich żyłach płynie krew z Bree i nie są
całkiem tacy sami jak reszta mieszkańców Shire, lecz nie znam w pełni
praw do tego twierdzenia. Ale cóż tam! Muszę lecieć. Lecz chwileczkę!
Czterech jeźdźców i pięć kucyków? Niech pomyślę, co mi to
przypomina? Nieważne, wróci. Wszystko w swoim czasie. Jedna rzecz pociągnie
drugą, jak to mówią. Jestem tej nocy ciut zajęty. Mnóstwo luda zaszło
do mnie niespodziewanie. Hej, Nob! Weź te bagaże do pokoi gościnnych. Tak
dobrze. Siódemka do dziesiątki, tam w głębi zachodniego pasażu. Szybko,
już! Chcecie pewnie kolacji? Chcecie. Tak myślę. Zaraz, jak sądzę.
Bardzo dobrze panowie, wkrótce będzie. Tędy proszę! Oto pomieszczenie,
które będzie panom w pełni odpowiadało, mam nadzieję. A teraz
przepraszam. Muszę biec! To ciężka praca dla dwóch nóg, lecz nie staję
się przez to smuklejszy. Zajrzę do panów później. Jeżeli będziecie
czegokolwiek potrzebować macie tu ręczny dzwonek i zadzwońcie, a Nob
przyjdzie. Jeżeli nie, to krzyczcie.
Wypadł, pozostawiając ich w lekkim oszołomieniu. Nie przestawał mówić
do nich (mieszając rozmowę z rozkazami i instrukcjami rzucanymi w kierunku
biegających po korytarzach hobbitów) od chwili, kiedy przywitał Binga, aż
do momentu, kiedy zaprowadził ich do małego, ale przytulnego saloniku. Płoną
tam w kominku jasny ogień. Było też kilka wygodnych krzeseł i okrągły
stół z właśnie, co rozłożonym obrusem. Na nim to stał duży ręczny
dzwonek. Nob, mały, pucołowaty, rumiany hobbit z kręconymi włosami,
pospieszył jednak i przybiegł szybciej nim goście pomyśleli o użyciu
tego przedmiotu.
- Chcecie się panowie czegoś napić? – zapytał. - Czy mam
panom pokazać pokoje, póki kolacja w drodze?
Umyli się i byli w trakcie opróżniania należycie zasobnych kufli
piwa, gdy ponownie przydreptał pan Butterbur oraz podążający za nim, Nob.
Wraz z nimi nadciągnął przyjemny zapach. W mgnieniu oka stół został
nakryty. Gorąca zupa, zimne mięsiwa, świeży chleb, gomółki sera i masła,
świeże owoce, a wszystko dobre, zacne, proste pożywienie miłe sercu każdego
hobbita, zostało podane w obfitości. Rozpoczęli ucztę z ochotą. Lekko
tylko niepokoiły ich przemykające myśli (zwłaszcza przez głowę Binga),
że za to wszystko trzeba będzie zapłacić, a nie mieli mieszka bez dna.
Zbyt szybko mogłyby nadejść takie czasy, w których musieliby omijać
dobre gospody (nawet, jeżeli natrafiliby na takie).7 Pan
Butterbur krzątał się wokół nich przez chwilę, a potem zaczął
zabierać się do odejścia.
- Nie wiem, czy panowie zechcą dołączyć po kolacji do kompanii, -
zapytał się stojąc w progu. – Być może woleliby panowie znaleźć
się w łóżkach. Jednakże, gdyby panowie zechcieliby, to towarzystwo byłoby
zaszczycone powitać panów w swym gronie. Niezbyt często w tych czasach
widujemy wędrowców z Shire – pozaziemskich, jak ich nazywamy, och,
przepraszam panów. Z przyjemnością posłuchamy nowinek, każdej nowej
piosenki, na jaką tylko panowie mają ochotę. Ale oczywiście, panów
wola. Proszę dzwonić w razie potrzeby.
Nic nie pominięto, na co mieli chrapke, a zatem nie było potrzeby użycia
dzwonka. Pod koniec kolacji (po około 55 minutach solidnej roboty niezakłóconej
przez gadanie po próżnicy) tak się poczuli odświeżeni i podochoceni, że
zdecydowali się dołączyć do kompanii, co w końcu Odo, Frodo i Bingo
uczynili. Merry orzekł, że będzie zbyt tłoczno.
- Być może posiedzę sobie w spokoju przy kominku, albo też wyjdę
zaczerpnąć świeżego powietrza. Bądźcie uprzejmi i grzeczni, no nie
zapomnijcie o tym, że nasza ucieczka ma być tajemnicą i jesteś panami,
Hill’em, Green’em i Brown’em.
- Dobrze, dobrze, - odparli. - Pilnuj siebie! Nie zgub się i nie
zapomnij, że najbezpieczniej jest pod dachem.
Poczym wyszli i dołączyli do biesiadników stłoczonych w dużej,
wspólnej sali gospody. Zgromadzenie było znaczne, co odkryli zaraz jak
oczy przywykły do światła. Najwięcej światła dawał ogromny ogień
rozpalony w obszernym kominku, bo trzy podwieszone pod sufitem, otoczone kłębami
dymu lampy ledwie mrugały słabymi promykami. Barnabas Butterbur stał w
pobliżu ognia. Przedstawił wszystkich tak szybko, że hobbici nie zdołali
uchwycić połowy nazwisk wymienionych przez gospodarza, ani też nie
odkryli, które nazwisko, do kogo należy. Wydawało się, że jest kilku
Mugwort’ów (dziwne nazwisko w rozumieniu hobbitów z Shire), a także
kilka raczej botanicznych nazwisk, takich jak: Rushlight, Heathertoes, Ferny,
czy też Appledore (nie wspominając Butterburr’a)8. Było
także trochę normalnych (dla hobbitów) nazwisk takich jak: Banks,
Longholes, Brockhouse, Sandheaver, czy Tunnely, które nie były nieznane
dla bardziej wiejskich mieszkańców Shire.
Zaznajomili się ze wszystkimi i to bez potrzeby używania swych
przydomków, które okazały się w tym towarzystwie zgoła niepotrzebne.
Współbiesiadnicy ze swej strony okazali się przyjacielscy i ciekawi gości,
jak tylko dowiedzieli się, że nieznajomi są z Shire. Bingo nie próbował
nawet ukryć skąd przybyli. Wiedział dobrze, że strój, mowa wydadzą ich
od razu. Powiedział natomiast, że interesuje się historią i geografią,
co zostało przywitane pełnym zrozumienia kiwaniem głowami (chociaż żadne
z tych słów nie było zbyt znane w dialekcie z Bree), a ponadto, że pisze
książkę (na te słowa zapadło pełne zdziwienia milczenie). Dodał
ponadto, że on i jego przyjaciele zamierzają spróbować dowiedzieć się
czegoś o różnorakich hobbitach, rozrzuconych na wschodzie. Po tym oświadczeniu
wybuchł jeden chór głosów i gdyby Bingo naprawdę zamierzałby napisać
książkę ( no i gdyby miał wiele uszu i odpowiednią dozę cierpliwości),
w kilka minut mógłby się mnóstwo dowiedzieć i uzyskać wiele rad, do
kogo powinien się zwrócić o obfitsze i wiarygodniejsze informacje.
Lecz po chwili, kiedy okazało się, że Bingo nie okazywał ochoty
do pisania swojej książki tu i teraz, to towarzystwo wróciło do spraw
bieżących i bardziej ekscytujących. Bingo wtedy usiadł z boku i zaczął
się przysłuchiwać oraz rozglądać wkoło. Odo i Frodo szybko poczuli się
jak u siebie w domu i wkrótce przedstawiali (ku zaniepokojeniu Binga) żywe
sprawozdanie z ostatnich wydarzeń w Shire. Było trochę śmiechów i
aprobujących potakiwań głowami, a także kilka pytań. Niespodziewanie
Bingo zorientował się, że dziwnie wyglądający, ogorzały hobbit, który
siedział w cieniu za innymi, także przysłuchiwał się z uwagą. Miał on
przed sobą ogromny kufel (niemal dzban), i palił fajkę z ułamany
cybuchem, którą wetkną w usta pod raczej przydługim nosem. Miał na
sobie w ciemny, zgrzebny, brązowy strój i mimo, że było ciepło miał
naciągnięty kaptur. A co najdziwniejsze nosił drewniane buty! Bingo mógł
je zobaczyć wystające spod stołu, przy którym siedział nieznajomy.
- Kto to, o tam? – zapytał się Bingo kiedy zdarzyła się
szansa szepnięcia do Butterbur’a. – Nie sądzę by mi pan go
przedstawił?
- Jego? – odpowiedział Barnabas zezując w kierunku gościa.
– O! To jeden z tych samotników – zwiemy ich strażnikami.
Zachodzi tu od czasu do czasu (przeważnie jesienią i zimą) przez kilka
ostatnich lat, lecz rzadko coś mówi. Lecz nie wtedy, kiedy przyjdzie mu
ochota do opowiadania jakichś niezwykłych opowieści, uwierzcie mi na słowo.
Nigdy nie usłyszałem, jakie jest jego prawdziwe nazwisko, ale wszyscy znają
go tu pod przezwiskiem Kłusak. Możesz go usłyszeć w tych butach jak
nadchodzi drogą: klip – klap – no, kiedy chodzi po bitych
drogach, co zdarza się rzadko. Dlaczego je nosi? Tak, tego nie mogę
powiedzieć. Lecz nie ma żadnej wzmianki na Wschodzi i Zachodzie, jak to tu
mówimy, znaczy o Strażnikach i ludzie z Shire, wybaczy mi pan. –
Butterbur został odwołany w tej chwili, inaczej mógłby szeptać w ten
sposób bez końca.
Bingo poczuł, że Kłusak spogląda na niego, jak gdyby usłyszał,
lub odgadł wszystko to, co powiedział gospodarz. W tej samej chwili Strażnik
pstryknięciem palcami i kiwnięciem ręką zaprosił Binga do przyłączenia
się, a kiedy Bingo usiadł obok odrzucił kaptur odkrywając bujną czuprynę.
Włosy opadały nieznajomemu na czoło, nie przesłaniając jednak pary
przenikliwych, ciemnych oczu.
- Jam jest Kłusak, - powiedział niskim głosem. – Miło mi
poznać pana, panie ... Hill, jeżeli stary Barnabas prawidłowo przedstawił
pańskie nazwisko?9
- Prawidłowo, - odpowiedział Bingo, lekko usztywniając się.
Zmieszał się po wpływem spojrzenia tych ciemnych oczu.
- No dobrze panie Hill, - powiedział Kłusak, - jeżeli nim pan
jest. Radziłbym powstrzymać pańskich młodych przyjaciół przed zbędnym
gadulstwem. Napitki, ogień na kominku i przypadkowe znajomości są to
rzeczy zachęcające, ale, cóż, tutaj nie jest Shire. Wokół pełno
dziwnych osobników, chociaż akurat ja tego nie powinienem mówić, - dodał
z uśmieszkiem widząc spojrzenie Binga. – A i było kilku niezwykłych
podróżnych, którzy nie tak dawno przejechali przez Bree, - kontynuował
patrząc Bingowi w twarz.
Bingo odwrócił wzrok, a Kłusak nie powiedział nic więcej. Wydawało
się, że nagle zaczął przysłuchiwać się temu, co mówi Odo. Odo właśnie
wesoło relacjonował wydarzenia Pożegnalnego Przyjęcia i zbliżał się
do sceny zniknięcia Binga. Czekając wszyscy zamilkli. Bingo poważnie się
zaniepokoił. Na cóż ta cała skryta ucieczka z Shire, skoro ten osioł ma
zamiar wszystko opowiedzieć i wyda ich nazwiska mieszanemu tłumowi
zgromadzonemu w gospodzie przy ważnym szlaku! Nawet teraz Odo już zbyt dużo
powiedział by dać bystrym słuchaczom (Kłusakowi dla przykładu)
dostateczne wskazówki i wkrótce będzie oczywiste, że „Hill”
to nie kto inny tylko Bolger – Baggins (z Bag – end Underhill).
Bingo niewyraźnie czuł, że jeżeli Odo wspomni o Pierścieniu, to może
być to niebezpieczne, a nawet tragiczne w skutkach.
- Lepiej byś coś szybko zrobił! – syknął Kłusak mu do
ucha.
Bingo wskoczył na stół i rozpoczął przemowę. Natychmiast wróciło
to uwagę od Oda, a kilku hobbitów zaczęło się śmiać i klaskać (sądząc
prawdopodobnie, że pan Hill wypił, jak dla siebie, zbyt dużo piwa). Bingo
nagle speszył się i jak to u niego było w zwyczaju, jeśli przemawiał,
rozpoczął przebierać palcami rzeczy w kieszeni. Niewyraźnie czuł tam łańcuszek
i Pierścień, brzękał nim o miedziane monety, ale nie pomagało mu to za
bardzo. Po kilku okolicznościowych słowach, jak powiedziano by w Shire (w
rodzaju „Jesteśmy bardzo zobowiązani za ciepło waszego przyjęcia”,
czy też inne podobne zwroty), przerwał i zakaszlał.
- Piosenka! Piosenka! – zakrzyknęli. – No nuże, Waćpanie,
zaśpiewaj nam coś. W
akcie desperacji Bingo rozpoczął śpiewać pewną absurdalną piosenkę, z
której był szczególnie dumny Bilbo (prawdopodobnie to on ją napisał).10 [Piosenka]11
Rozległ się głośny aplauz. Bingo miał dobry głos, a kompania
nie oczekiwała czegoś szczególnego.
- Gdzie jest stary Barney? – krzyczeli. - Powinien to usłyszeć.
Powinien też nauczyć swego kota grać na skrzypcach, a my będziemy tańczyć.
Przynieście więcej piwa i zacznijmy jeszcze raz od początku.
Pozwolili Bingowi wypić kolejny kufel i zażyczyli sobie by ponownie
zaśpiewał piosenkę. Do Binga dołączyło się wielu współbiesiadników,
jako że melodia była dobrze znana, a słowa chwytali szybko.
Wielce rozochocony Bingo wycinał hołubce na stole, a kiedy drugim
razem doszedł do „Krowa nad księżycem skoczyła na medal”,
skoczył wysoko. Ze zbyt wielkim wigorem:12 a to, dlatego, że
zwalił się na tacę pełną kufli, a potem wśród brzęku, trzasku i łomotu
poślizną się i zjechał ze stołu. Lecz to, co bardziej zaintrygowało
widzów i zgasiło ich śmiech i wiwaty było jego zniknięcie. Po tym, jak
Bingo stoczył się ze stołu, to po prostu zniknął z hukiem, jak gdyby
przerąbał podłogę bez wybijania dziury.
Miejscowi hobbici zerwali się na równe nogi i zaczęli wzywać
Barnabasa. Odsunęli się od Oda i Froda, którzy znaleźli się osamotnieni
w kącie, i z pewnego oddalenia podejrzliwie spoglądali na nich spode łba,
jak gdyby byli współtowarzyszami wędrownego magika wątpliwego
pochodzenia oraz nieznanej mocy i zamiarów. Był wśród nich też pewien
śniady osobnik, który stał przyglądając się im z wszystkowiedzącym
spojrzeniem, które powodowało, że poczuli się bardzo niewyraźnie. Wkrótce
on i jeden z jego kompanów wyśliznęli się przez drzwi: niezbyt dobrana
para.13 Bingo tymczasem czuł się jak głupiec (całkiem słusznie)
i nie wiedząc, co zrobić podczołgał się pod stołami do kąta Kłusaka,
który siedział spokojne nie wykazując zainteresowania zamieszaniem. Usiadł
opierając się plecami o ścianę i zdjął Pierścień. Pechowo, w
najgorszym momencie, w trakcie upadania, gmerał w kieszeni i
niespodziewanie wsuną Pierścień na palec.
- Hola! – wykrzyknął Kłusak. – Co przez to chciałeś
osiągnąć? Toż to gorsze niż cokolwiek, co mogliby opowiedzieć twoi
przyjaciele. Lepiej byś w to wsadził swój palec u nogi, nieprawdaż?
- Nie wiem, o co ci chodzi – odpowiedział Bingo (zaniepokojony
i zatrwożony).
- O tak, wiesz, - powiedział Kłusak. – Lecz teraz lepiej
poczekajmy aż ucichnie te całe zamieszanie. Potem, jeżeli nie ma pan nic
naprzeciw, panie Bolger – Baggins, to chciałbym zamienić z panem słówko
na osobności.
- A o czym? –
zapytał się Bingo, udając, że nie usłyszał niespodziewanego użycia
swego prawdziwego nazwiska.
- Ooo! O czarownikach i temu podobnych rzeczach – z uśmieszkiem
odpowiedział Kłusak. – Powinieneś coś usłyszeć dla swojego
dobra.
- Bardzo dobrze, - zgodził się Bingo. – Zobaczymy się później.
W międzyczasie wokół kominka nie milkła sprzeczka na chór głosów.
Pan Butterbur, który w końcu przydreptał, próbował w tym samym czasie
coś zrozumieć z jakże wiele wzajemnie sprzecznych relacji.
Następna część tekstu, sięgająca
miejsca, gdzie kończy się Rozdział 9 w „Wyprawie”/”Drużynie
Pierścienia” jest niemal słowo w słowo taka sama jak wersja
finalna. Jedyne różnice, jak można tego oczekiwać to: „Pan
Underhill” z „Wyprawy”/”Drużyny Pierścieni”
to „Pan Hill”; zamiast „Proszę pan Tuk jest tutaj, nie
powiecie, że zniknął.” jest „Oto pan Green i pan Brown, nie
powiecie, że znikli.”; a także nie ma wzmianki o Ludziach z Bree, o
Krasnoludach, czy też o obcych ludziach – jest tylko
„kompania”, która odchodzi głośno wyrażając swe
niezadowolenie. Przy końcu, kiedy to Bingo mówi do gospodarza „Czy będzie
pan łaskaw dopilnować, żeby kucyki były gotowe?”, stary tekst jest
odmienny:
- Teraz mam! – wykrzykną gospodarz, strzelając palcami.
– Chwileczkę! Otóż wróciło, tak jak to mówiłem. Wielkie nieba!
Czterech hobbitów i pięć kucyków! Jak
już to wyjaśniono, mimo, że kończę ten rozdział w tym miejscu, to
najwcześniejsza wersja przechodzi bez przerwy w opowieść, która stała
się później Rozdziałem 10 pt. „Obieżyświat” (jak to
zaprezentowano w tabeli z początku rozdziału). PRZYPISY
Na
prawo, do środka. Miło spotkać panów! Pan Took, jeśli dobrze usłyszałem?
Niech mnie, pamiętam te nazwisko. Dawne to czasy, kiedy Took’owie nie
widzieli niczego zdrożnego by wpaść na szklaneczkę do mnie czy też do
mojego starego taty. Pan Odo Took, pan Frodo Tok, pan Merry Brandybuck, Pan
Bingo Baggins. Zaraz, zaraz, coś mi chodzi po głowie. Nieważne, wróci.
Jedna rzecz pociągnie drugą, jak to mówią. Jestem tej nocy ciut zajęty.
Mnóstwo luda zaszło do mnie niespodziewanie. Hej, Nob! Weź te bagaże
(itd.). Ojciec
skreślił to z adnotacją „hobbici muszą ukryć swoje
nazwiska” i na dołączonej karteczce napisał ołówkiem dwa poniższe
urywki: Pan
Frodo Walker, pan Odo Walker – nie mogę powiedzieć bym spotkał się
kiedyś z tym nazwiskiem.
(Bingo wymyślił je pod wpływem chwili, z nagła zdając sobie sprawę, że
nie było by
zbyt rozsądne ogłaszać wszem i wobec swe prawdziwe nazwiska w pełnej
hobbitów, ważnej
przydrożnej gospodzie). Jakie
nazwiska podaliście – sami Walker’owie, pan Ben Walker i trzech
siostrzeńców, nie mogę
powiedzieć bym spotkał się kiedyś z tym nazwiskiem, ale miło mi, ze panów
spotkałem. To
także zostało wykreślone, a wykorzystany został tekst („Na prawo,
do środka, panowie, proszę wszystkich...”) napisany już ołówkiem
i poprawiany atramentem.
Była
ona o gospodzie, i dlatego, jak przypuszczam, przyszła od razu Bingowi na
myśl. Tutaj przedstawiona jest w całości, jako że obecnie powszechnie
pamiętanych jest tylko kilka słów.
By poznać historię i wczesne wersje tych piosenek proszę zapoznać
się z dołączonym „Przypisem o piosenkach śpiewanych w Gospodzie
Pod Rozbrykanym Kucykiem. To, co później piosenką w Bree zostało już
przewidziane w bardzo ogólnym zarysie zaprezentowanym w rozdziale VII
„Upiór Kurhanu”: „Śpią w gospodzie i słyszą wieści o
Gandalfie. Wesoły gospodarz. Biesiadna piosenka.”
Postawili
mu kolejny kufel i zaśpiewali piosenkę kolejny raz. Wielce rozochocony
Bingo wycinał hołubce na stole, a kiedy drugim razem doszedł do
„jego kopniak by wynieść gdzie trzeba” to machną w powietrzu
nogą. Nazbyt realistycznie: stracił równowagę i przewrócił się ...
Linia Jego kopniak by wynieść gdzie trzeba należy do wersji
Trollowej Piosenki napisanej dla tej wersji.
Przypis o piosenkach śpiewanych w gospodziePod
Rozbrykanym Kucykiem
(i)
Trollowa Piosenka
W chwili, kiedy mój ojciec dotarł do sceny, w której Bingo śpiewa
piosenkę w Gospodzie Pod Rozbrykanym Kucykiem wykorzystał wpierw „Trollową
Piosenkę” (patrz przypis 11 powyżej). Pierwotna wersja tego wiersza
nazwana Korzenie Kopnięcia, sięga wstecz do czasów jego pobytu na
Uniwersytecie w Leeds, a została wydrukowana w niezależnie wydanej w książeczce
zatytułowanej Piosenki dla Filologów, University College, Londyn,
1936 (więcej o historii tej publikacji w dalszej części przypisu). Ojciec
był niezwykle dumny z tej piosenki, której melodia wzorowana była na
ludowym utworze The fox went out on a winter’s night, a mój
zachwyt linią Jeżeli ognisko ma być, to tu gdzie ty należy do
moich najwcześniejszych wspomnień. Dwa egzemplarze tej publikacji stały
się własnością mojego ojca później (w 1940 – 41), a któregoś,
trudnego do ustalenia dnia poprawił tekst, usuwając drobne błędy, które
się tam wkradły. Poniżej przedstawię ten wiersz, tak jak został
wydrukowany w Piosenkach dla Filologów, razem z tymi poprawkami. KORZENIE
KOPNIĘCIA Na
kamieniu troll, ech samotność, Ogryzał,
lizał starą gołą kość; A
strasznie długo był sam ten gość I
nie spotkał ni ziomka ni człeka
Pół wieka! Czeka! A
strasznie długo był sam ten gość I
nie spotkał ni ziomka ni człeka. Wtem
nadszedł Tom, co ogromne buty ma; „Hola!”
rzekł ci on, „A tam do kata? Wygląda
to jak noga mego wuja Jana
A powinna spoczywać w krypcie
Szukajcie, Chłostajcie! „Tę
kość ukradłem” troll na to, „Moje chłopię; Lecz
cóż po kości, kiedy dusza ta W
niebiosach w aureolę zdobna
Tak wielką, tak jasną jak ognisko?
Te ognisko, palenisko! Powiada Tom: „Krzywozęby! Wierzaj mi, Jeżeli
ognisko ma być, to tu gdzie ty; Bowiem
stary Jan zacnym złodziejem był
Zawsze na czarno chodził w niedzielę
Zdzielę, Podzielę! A
ciągle nie wiem, czemu jesteś zdolny, Zhańbiwszy
mą rodzinę był wolny: Zatem
idź precz i bacz na topory, Nim
zeżresz mi wujka!
Plujka, Kłujka!” We
właściwe miejsce niemal w zad Tom
kopną słusznie go, lecz, rasa ta Twardsze
niż gębę kamienne siedzenie ma;
Pożałował, więc, że trafił w tyłek,
Osiłek, Pyłek! Teraz
Tom utyka odkąd w dom zawitał, A,
że stopa bez buta, to będzie utykał; A
stary trollowy zad twardy pozostał, Tak
jak skradziony wujka gnat!
Chwat, Brat!
W
dodatku do skorygowanych błędów z tekstu wydrukowanego w Piosenkach
dla Filologów mój ojciec zmienił też trzecią linijkę wersu
trzeciego na Miał halo w niebiosach nad głową swą.
Pierwotna, pisana ołówkiem, wersja rękopisu tej piosenki ciągle
istnieje. Jej tytuł to Pēro & Pōdes („But i
Zadek”), a wers szósty brzmiał: We
właściwe miejsce niemal w zad Tom
kopną słusznie go, lecz, niestety! rasa ta Twarde
niczym gębę kamienne siedzenie ma;
Zatem Pero ukarany został przez Podeks,
Pumeks! Kodeks!
Ojciec przygotował nowa wersję piosenki, którą Bingo miał zaśpiewać
Pod Rozbrykanym Kucykiem, odpowiednią do zakładanej sytuacji i jak
już zostało wspomniane można ją znaleźć rękopisie obecnego rozdziału.
Ciągle jest jednak niedopracowanym szkicem, który został zarzucony w tym
stanie. Kiedy zdecydował się, że mimo wszystko nie wykorzysta jej w tym
miejscu, to nieprędko wprowadził ja ponownie do Władcy Pierścieni.
Można będzie później zobaczyć w Rozdziale XI, mimo że wizyta hobbitów
w miejscu spotkania Bilba z trzema Trollami była obecna już w pierwszej
wersji, to nie było tam piosenki. Została wprowadzona tam później, ale
najwcześniejsze szkice „Trollowej Piosenki” Sama ewoluowały z
wersji przeznaczonej dla Binga w Bree.
Piosenki
dla Filologów. Materiałów dla tej
książeczki pochodzą z lat dwudziestych ubiegłego wieku i powstały na
Uniwersytecie w Leeds, gdzie Profesor E. V. Gordon (współpracownik i
bliski przyjaciel mojego ojca, który zmarł przedwcześnie latem 1938 roku)
sporządził maszynopis - skrypt na potrzeby studentów Wydziału
Anglistyki. Wedle słów ojca „Jego źródłami były rękopisy moich
i jego wierszy ... z wieloma dodatkami w postaci współczesnych i
tradycyjnych pieśni islandzkich wziętych głównie z islandzkich śpiewników”.
W 1935, lub 1936 roku dr A. H. Smith z Uniwersytetu Londyńskiego (były
student Leeds) dał jeden z tych skryptów (nie poprawiony) grupie
magistrantów, po to by złożyli go do druku w wydawnictwie Elżbietańskim.
Rezultatem była książeczka nosząca tytuł: PIOSENKI
DLA FILOLOGÓW Zebrana
przez J. R. R. Tolkiena, E.V. Gordona i innych Prywatnie
Wydane na Wydziale Anglistyki University
College, London MCMXXXVI
W listopadzie
1940 roku Winifreda Husbands z University College napisała do mojego ojca i
wyjasniała, że „kiedy książki były już gotowe, dr Smith zdał
sobie sprawę, że nigdy nie zapytał o zgodę Pańską, lub Profesora
Gordona, i że książki nie mogą być rozprowadzane nim otrzyma tę zgodę.
Ponadto, z tego, co wiem, nigdy nie zwrócił się w tej sprawie do Pana
bezpośrednio, czy też pisemnie, mimo że mówiłam mu o tym wiele razy. Na
nieszczęście większość egzemplarzy, które nierozdysponowane pozostały
w naszych pomieszczeniach (tak jak cała prasa) została zniszczone w pożarze,
który zniszczył tę część budynku College”. Jednocześnie mój
ojciec został poproszony o wyrażenie post factum zgody na wydanie tej
publikacji. W tym czasie było jej znanych trzynaście egzemplarzy
wydawnictwa, później znalazła więcej. Nie wiem ile, ale mój ojciec
otrzymał dwie kopie (o czym wcześniej).
Jest 30 Piosenek dla Filologów, w językach: łacińskim,
gockim, islandzkim, staro-, średnio - angielskim i we współczesnej
angielszczyźnie, a także kilka wierszy makaronicznej mieszaninie języków.
Mój ojciec był autorem 13 (6 we współczesnej angielszczyźnie, 6 w staro
angielskim, 1 w gockim), a E. V. Gordon dwu wierszy. Trzy wiersze ojca
pisane po staro angielsku i jeden po gocku zostały wydrukowane wraz z tłumaczeniami
jako dodatek do książki Profesora T. A. Shippey’a Droga do Śródziemia
(1982).
(ii)
Kot i Skrzypki „Kot
i Skrzypki”, które stały się piosenką śpiewaną przez Binga w
gospodzie Pod Rozbrykanym Kucykiem, została opublikowana w 1923 roku
w Yorkshire Poetry, wolumin II nr 19 (Leeds, the Swan Pres).
Przedstawię w tym miejscu tekst taki jakim jest w pierwotnym rękopisie
napisanym na papierze Uniwersytetu Leeds. Kot
i Skrzypki lub Wiersze
Starej Niani Wyjaśnione a i Ich Skandaliczny Sekret Odkryty Mówią
tam jest pokraczna karczma
Zasłanie ją stare wzgórze, Warzą
tam piwo co ma kolor brązowy Zachodzi
tam sam człek księżycowy
By czasem wypić jedno duże Z
koniuszym kocur żyje tam
Co na starych skrzypkach tnie Gospodarza
mały zmyślny pies Śmieje
się ze wszystkiego niczym bies
Często w środku, podstępnie Trzymali
tam też krowę rogatą
Mówią, że z kopytami złotymi – A
muzyka niczym piwo uderza jej do łba By
chwost w powietrzu kreślił łuki tylko dba
I tańczy przed gośćmi zachwyconymi Lecz
patrz! Te rzędy naczyń srebrnych
I srebrnych sztućców dostatek: Z
myślą o niedzieli specjalna para Poleruje,
czyści statki te, co niemiara
W sobotniego popołudnia ostatek.
* Z
księżyca człek pociągną za wielki piwa łyk,
Koniuszego kot zataczał się, Talerz
coś czule do niedzielnej łyżki szeptał, Mały
pies za dowcip wszystko od razu brał,
A krowa w tańcu zapamiętała się. Z
księżyca człek kolejny kufel osuszył
I pod krzesło swe jak długi padł Z
miejsca tego ciągle o następne piwo wzywa Choć
blednących gwiazd na niebie ubywa,
I świt już pod próg się zakradł. Wtedy
koniuszy do podchmielonego kota rzekł:
„Białe Księżycowe rumaki Głośno
rżą i gryzą wędzidła srebrne swe, Ponieważ
pan ich zatopił rozum na kufla dnie,
A słońce wschodu daje znaki – Choć
i skoczną melodię na skrzypkach tnij,
Żiga co umarłego na nogi stawia” I
już kot biesiadnym tonem się zachwyca, Kiedy
to gospodarz trząsł człekiem z księżyca:
„Już po trzeciej” – wyjawia. Wtoczyli
wolno na wzgórze jegomościa
By na księżyc wgramolić się mógł, Za
nim w mig pogalopowały konie wytrwałe, A
krowa podskakiwała niczym cielę małe, I
talerz w uścisku z łyżką tan wiódł. Nagle
kocisko zmieniło melodii ton,
Pies ryczy niczym opętany, Na
głowach stanęły spłoszone księżycowe konie Goście
wyskoczyli ze swych łóżek, nicponie,
I z przytupem ruszyli w tany. Pękły
wszystkie struny w kocich skrzypkach,
Krowa nad księżycem skoczyła na medal, Na
widok ten mały pies z radości zaskowyczał, W
samym środku sobotni talerz całkiem zdziczał
Uciekając z niedzielną łyżką w dal. Pyzaty
miesiąc poturlał się w dół za wzgórze,
Lecz ostatnią złapali chwilkę, Jakoż
Słońce wystawiło ognistą swoją głowę, I
nakazało do łóżek wrócić w sekundy połowę,
A zwłaszcza zakończyć tę piosnkę. Dwie
wersje znalezione w rękopisie bieżącego rozdziału stopniowe przybliżają
się do ostatecznej formy i po poprawkach uczynionych w wersji drugiej
otrzymujemy piosenkę znaną z „Wyprawy”/”Drużyny Pierścienia”.
|
||
|
|
||