Między rajem a piekłem

 

Pomysł wyjazdu do Paklenicy narodził się p2 lata temu jako alternatywa wyjazdu do Maroka. Ponieważ jednak Maroko to kraj znacznie cieplejszy i nadający się na wspinanie w styczniu, dopiero we wrześniu '99 udało się dotrzeć do położonego o prawie 1000 km wąwozu Paklenica. Podróż od przejścia granicznego w Zwardoniu do Starigradu trwała 14 godzin a trasa wiodąca autostradami przez Bratysławe, Wiedeń, Graz i Maribor, a później Zagrzeb i górami drogą na Zadar. Mimo, iż trasa bardzo malownicza, bardziej przypominała afrykańskie drogi przez Wysoki Atlas, niż polsko-europejskie, a rozbita co kawałek barierka wymownie przypominała o zachowaniu bezpiecznej prędkości.

W końcu po długiej i męczącej (cóż, cinquecento 700 niezbyt nadaje sie na dalekie jazdy) podróży dotarliśmy do Starigradu. W przewodniku opisanych było kilka pól namiotowych, a my, szczęśliwym trafem, o czym mieliśmy się przekonać, zatrzymaliśmy się na kampingu Marko. Podczas porannej rozmowy z właścicielką okazało się, że jest to jedyny kamping z ciepłą wodą, więc trafiliśmy w 10-tke. Koszt jednego dnia za dwie osoby, namiot, samochod oraz wszelkie dobrodziejstwa wynosil 60 kunow. Z miejsca gdzie mieszkalismy paklenickie skały wcale nie wyglądały imponująco, takie sobie wapienne wzgórza, o tym, jakie są w rzeczywistości mieliśmy się przekonać w niedługim czasie...

Raj...

Droga ze Starigradu doprowadziła nas do bramy parku, gdzie za 40 kunów nabyliśmy drogą kupna bilety dla climbersów. Pozwalają one na pięciokrotne wejście na teran parku. Biorąc pod uwagę cenę za pojedyncze wejście wynoszące 25 kun, oferta była intratna. Można było także kupić przewodnik wspinaczkowy w cenie ok. 70 PLN. Trzy kilometry dalej droga się kończy i wchodzi się do wąskiego kanionu, po którego obu stronach znajdują sie drogi wspinaczkowe o różnych trudnościach. Drogi są fantastycznie ubezpieczone, na koncu każdej drogi znajdują się stanowiska zjazdowe, i mimo, że wskazana jest lina 60m, z 50-siątką też można sobie poradzić. Jedyna uwaga jaką można mieć to taka, że ich VI to na pewno nie nasz VI :)))

Piekło...

Po drodze do Paklenicy można było zobaczyć, że kraj jest zniszczony, ale ponieważ szybko zrobiło się ciemno, oprócz rozrywek, jakie dostarczyła droga, nie było nic szokującego. Podobnie było podczas jazdy samochodem nad morzem...tam nie było prawie nic widać. Po jakimś tygodniu wspinania ppostanowiliśmy zrobić sobie rest dayi zobaczyć starożytne ruiny obok nbrzmiącej dla czytelników Sapkowskiego nazwy Novigrad. Do miejscowości tej postanowiliśmy dojechać lepszą drogą, odbijając z głównej drogi w miejscowości Islam Latinski w lewo, do Islamu Greckiego...

Myslę, że zdjęcia mówią same za siebie. Islam Grecki nie istnieje. Miejscowość, którą przed wojną Chorwacko - Serbską zamieszkiwali Serbowie, została spacyfikowana. Podobnie zresztą jest i z innymi wsiami, gdzie żyli Serbowie. Rozmawialiśmy z miejscowymi w Paklenicy i od tego, co usłyszeliśmy jeży się włoś na głowie. Chorwaci to straszni nacjonaliści, a Serbowie mają wracać...słowa miejscowych przesycone były nienawiścią i obym się mylił, ale jak tam wrócą, to chyba znów poleje się krew.