Powrót
Seminarium

"120 widelców"

Foka i Kaja Lewandowska - miły początek W połowie drogi dookoła stadionu pojawiła się na asfalcie strzałka podpisana ŚKF. Następne już podpisu nie miały, ale założenie, że tylko jedna firma urządza akurat podchody, okazało się słuszne. W miejscu ostatniej strzałki wysiadała natomiast z samochodu, opróżniwszy go wcześniej z Jakuba i jakichś drobiazgów, Agnieszka Fulińska. W środku Ośrodka było już dość pełno, ale wciąż docierali nowi spóźnieni, będący ofiarami głównie PKP, ale też i stłuczek ulicznych, a nawet Urzędu Skarbowego. Organizatorzy dawali plakietkę i informator, jak zwykle, ale tym razem trafił mi się egzemplarz bibliofilski, a to ze względu na założoną tyłem do przodu okładkę. Każdy, kto mógł, przyznawał się później, że to właśnie on to tak spiął, i że bardzo chętnie mi to wymieni, ale ja taki głupi nie jestem. Za parę lat to ten informator będzie kosztował straszne pieniądze, niczym jakiś Mauritius. Nikt natomiast nie zastosował proponowanej przez Zbyszka Żygadłę linii obrony, polegającej na odbiciu piłeczki twierdzeniem, że jestem fujar, bo ten, co taki egzemplarz dostał, miał się zgłosić po nagrodę, a teraz to już za późno.

Ewa Pawelec z ciepłymi meduzami... i mężem Zanim jednak rozdawane były jakiekolwiek nagrody, niezawodny TZM w towarzystwie Krysi opowiedział, jak policja aresztowała Jakuba Janickiego za podszywanie się pod oficera milicji, a następnie jak on sam charczał w związku z pineską w płucach. Po tych dwóch wstrząsających opowieściach nadszedł czas, aby udać się na górę, gdzie dziać się miały rzeczy ważne. W tłumie oczekujących kręcił się machający mocno już od tego zużytym ogonem pies płci pięknej należący do Marka Szyjewskiego, tudzież dziecko płci chyba tej samej, ale należące do Przewodasa, trzymane zaś w krzepkich ramionach Klaudii Heintze. A skoro o morzu mowa, była również Ewa Pawelec z jeszcze ciepłymi meduzami i oczywiście mężem. Marek, z tego co wiem, szczególnych związków z morzem nie ma.

Szymon Sokół gratuluje nagrody MSH Zasiadłszy do stołu, przy którym powitaliśmy się ze Stanem słowami "A, to tak wyglądasz.", poplotkowaliśmy na różne tematy, aż wreszcie pojawiła się Ela i wręczyła nagrody. Pierwszą, dla Marka S. Huberatha, wręczała za pośrednictwem Szymona i jego telefonu, ale laureat cieszył się i tak, szczególnie z oklasków, i kazał w zależności od płci każdego z klaszczących wycałować go, lub uścisnąć mu dłoń. Z dwiema następnymi Śląkfami trudności nie było, bo i Szaman i Mirek Kowalski byli na miejscu, ale za to na koniec znowu wystąpił problem braku Macieja Parowskiego. Tym razem telefon nieszczególnie pomógł, a to ze względu na trudności z percepcją rzeczywistości po drugiej stronie, ale mimo to wręczenie Meteora in absentia zakończyło się sukcesem. A potem rozpoczęła się część nieoficjalna, początkowo dość cicha, ale kiedy wszyscy zjedli, szybko przekształciła się w straszliwy hałas kilkunastu przynajmniej równoległych dyskusji. Trwały one, przerywane oglądaniem zdjęć i przyjazdem Alexa, niemal prosto ze Skarbówki, do mocno późnej nocy, a właściwie to już nawet nie całkiem nocy. Tematy zaś były różne. Komentarze do nagród, informacje o już prawie gotowym młodym narybku fanowskim, przedstawianie nowej powieści Romka Pawlaka przez autora, analiza polityki wydawniczej MAGa reprezentowanego przez Tomka Kreczmara i Andrzeja Miszkurkę, a także, niemniej ważne, rozważania na temat tylnych części ciała pani Maryny. Przy tym wszystkim, przedstawianie poglądów na wielkość Tolkiena można po prostu uznać za trywialne i sztampowe.

W przerwie między prelekcjami... Rano Ela kręciła się w fartuszku po kuchni i zbierała noże i widelce, ale śniadania nie robiła i trzeba je było sobie załatwić samodzielnie w barze. Sądząc z prędkości realizacji zamówień, do każdej kiełbaski trzeba było dogonić, zabić i oprawić osobną świnię, a potem jeszcze trochę ją posmażyć, nie ma się więc co dziwić, że gdzieniegdzie można było później znaleźć jakieś podejrzane resztki anatomiczne. Ale w porównaniu z tym, co robi Giger, był to drobiazg. Pod koniec walki ze śniadaniem rozległ się dzwonek, wzywający na pierwszą tego dnia prelekcję. To Iwona Gierasimiuk mówiła o wielowymiarowych, żeby nie powiedzieć polifonicznych, bohaterach fantasy. Kto pamiętał krakonową analizę psychologiczną Conana, gorąco bronił barbarzyńcy przed stawianiem go a wzór bohatera schematycznego. Prawdziwe kontrowersje zaczęły się jednak dopiero wtedy, kiedy Agnieszka Ćwikiel mówiła o obrazie świata w filmie fantastycznym. Audytorium stanowczo protestowało przeciwko posądzaniu komputerowych efektów specjalnych o bycie czymś znacząco odmiennym od X-wingów na żyłkach, żądało wskazania, gdzie w Matrixie mówi się, że miastem z filmu jest Los Angeles, a także nie przyjmowało do wiadomości, że dawniej było lepiej, a teraz to już tylko dekadencja. Nieszczęsnej, napastowanej kobiety starał się bronić Paweł Ziemkiewicz, ale marnie mu szło, bo napastującymi były w znaczącej części Ewa Pawelec i Jo'Asia, niewątpliwie również kobiety, co uniemożliwiało obrońcy stosowanie co skuteczniejszych argumentów, zwłaszcza siłowych. Zresztą, i tak by pewnie nie dał im rady.

Ewa Pawelec - oczekiwanie na koniec świata ;-) Po tych emocjach uspokoił wszystkich Krzysztof Grzywnowicz, mówiący o końcu świata z punktu widzenia biologii. Okazało się, że koniec świata to nic nowego, bo już nie raz się wydarzył, co może poświadczyć każdy dinozaur, albo inny amonit. Może więc niekoniecznie należy wyrzucać śmieci przez okno, ale też i nie wpadajmy w megalomanię, myśląc że jak się nam zachce, to zniszczymy życie na Ziemi. Nie jest to bowiem taka prosta sprawa, a chociaż może utłuczemy samych siebie, to zawsze gdzieś w kącie uchowa się jakaś złośliwa parka szczurów czy karaluchów i zacznie się szyderczo rozmnażać. Żeby się jednak utrzymać jak najdłużej, trzeba robić badania biologiczne. I na ten temat mówił Gabriel Kula, pomagający sobie projektorem, który w pocie czoła wyregulowali PWC, Pipok, Szymon, no i kto był w okolicy, a chciał dać dobrą radę albo pomocną dłoń. Zasadniczo w tej prelekcji chodziło o to, że nie należy robić na człowieku eksperymentów, jeżeli on się na to nie zgadza, a już w najwyższym stopniu niestosowne jest zabijanie go przy tej okazji, chyba żeby nie miał nic przeciwko, albo i tak był umierający. Chociaż z drugiej strony, jeżeli już ktoś taki niemiły eksperyment zrobił, to lepiej wykorzystać wyniki, niż to wszystko zmarnować.

Końca świata nie będzie? Po tym wszystkim przewidziana była przerwa, co okazało się bardzo dobrym pomysłem, ponieważ na następnej godzinie mogłoby już nie wystarczyć strategicznie przez PWC zapalone światło i jeszcze by kto spadł z krzesła, albo i zachrapał. Jedynie Szaman przyjął przewidująco pozycję horyzontalną na stole, z której jednak co jakiś czas wyrywała go Agnieszka, informując o postępach w prelekcjach. Korzystając więc z owej przerwy, towarzystwo zregenerowało siły romantycznym obiadem nad jeziorem, do którego przygrywała orkiestra z odbywającego się akurat obok wesela. Kto siedział w odpowiednim miejscu, mógł obserwować faceta tańczącego z dziewczyną w białej sukience. Było wiele radości. A kiedy już wszyscy wrócili, bracia Ziemkiewiczowie wygłosili swoje referaty. Rafał narzekał, że jest źle i będzie pewnie gorzej, chociaż mogło być lepiej, a Paweł mówił, że dawniej ludzie myśleli, że będzie lepiej, ale z czasem zaczęli przewidywać, że skoro nadal jest źle, to będzie jeszcze gorzej. Ale czasem się wyrwie jakiś optymista. W podobnym tonie mówił Tomasz Mazur, przekazujący nieprzyjemne wiadomości o Księżycu, który już za parę milionów lat będzie tak daleko od Ziemi, że skończą się całkowite zaćmienia Słońca. Pozostaje mieć nadzieję, że do tego czasu uda się coś z nim zrobić.

Żeby jednak nie kończyć dnia tak smutno, Dżoana i Natalia Młynarz rozpoczęły konkurs. Trwał on długo, bo i pytań było dużo, aż zdążyła przyjechać zamówiona pizza, którą po krótkiej walce udało się podzielić między zamawiających, a nawet, pod pozorem bezinteresownego poczęstunku, wcisnąć innym resztki tego, czego już się nie dało zmieścić. Przy okazji zainteresowani mogli się dowiedzieć od Michała Dagajewa, fachowca w tej dziedzinie, jak łamać nosy nieostrożnym fotografom, oraz że przy używaniu aparatu w charakterze kańczuga trzeba wykręcać obiektyw, a tak poza tym, to nic mu nie będzie. Kiedy wróciliśmy do sali, kończyły się już pytania i niedługo okazało się, że konkurs wygrał MMR, zdobywając liczne a cenne nagrody, włącznie z akredytacją na następny Polcon.

Antygona XX wieku  i Muczachan A ponieważ wszyscy byli już zmęczeni wysiłkiem intelektualnym, rozwalone wygodnie w miarę możliwości krzeseł towarzystwo zaczęło oglądać trailery i teledyski. Pojawił się oczywiście "Władca Pierścieni", "Stars in black", dwukrotnie "Saga Begins", której refren wszyscy z wielkim zapałem śpiewali, a wreszcie z płyt Michała Dagajewa cała masa teledysków Yankovica, a gdzie teledysku nie było, to chociaż sama muzyka. Po trzech godzinach kompakty się skończyły, więc wypadało opuścić salę i udać się do zajęć w podgrupach, przechodząc przez korytarz, po którym krążył Muczachan, prowadzony przez Anię Zielińską, która nie wierzyła, że Antygona zaraz, jak tylko ją zamurowali, to się powiesiła. W każdym razie, Muczachan krążył zbierając na bilet powrotny, ale co uzbierał, to defraudował, chciaż czasem brzęczał firmowym kubkiem ŚKF całkiem głośno. Zniechęcony tymi trudnościami, udał się wreszcie do pokoju, w którym TZM śmieszył, tumanił i przestraszał gości następnymi opowieściami, aż do czasu, kiedy rozpoczęły się chóralne śpiewy pieśni góralskich i nie tylko. Niestety, ktoś za ścianą strasznie przeszkadzał, waląc w nią z całej siły, zupełnie nie zważając na ciszę nocną.

Foka podczas prac badawczych Trzeciego dnia rano o swoich badaniach nad fandomem opowiadała Foka, której słuchali wszyscy, poza najtwardszymi pieśniarzami. Badanych było dwustu jeden obiektów, ale ze względów matematycznych jeden został skreślony, żeby lepiej wychodziły procenty. W każdym razie, okazało się na przykład, że fani czytają, nawet książki, a bywa i tak, że miewają całkiem często przyzwoite wykształcenie, zwłaszcza jak na ludzi tak niepoważnych. Po Foce nauk pisarskich udzielał Konrad Lewandowski, a potem jeszcze o polityce mówił Sebastian Skolik, ale nowa polityka właśnie PKP, objawiająca się drastycznym okrojeniem rozkładów jazdy, zaczęła już wyciągać uczestników, którzy stwierdzali, że mają tylko jeden sensowny pociąg do domu, i to za chwilę. Proces ten był jednak na tyle powolny, że dało się jeszcze trochę porozmawiać ze znajomymi, w szczególności z pewnym młodym dziewczęciem, bardzo zawstydzonym tym, co, jak mu się wydawało, robiło w nocy.

Tradycyjny taniec irlandzki
W rzeczywistości nie robiło nic szczególnie zwracającego uwagę, ale taka wysoka samoocena wspomagana, jakże by inaczej, fantazją, może się kiedyś w życiu przydać. Odjeżdżającego Michała Dagajewa zdążyła jeszcze złapać Iwona Nowak, która wcale się tak nie nazywa, i uświadomić go, o ile dobrze zrozumiałem widzianą z pewnej odległości scenę, że to właśnie ona dołączyła ostatnio do grona autorów Fenixa.
Na dworcu, z powodu standardowych ostatnio spóźnień pociągów, czekali wciąż Szymon, Jo'Asia i Gośka Bortnowska, a kiedy udało się ich załadować do odpowiednich dla każdego pociągów, do warszawskiego wsadzając jeszcze Alexa, żeby Jo'Asi pilnował, Greg opowiedział mi straszliwą historię o krzywo położonych kafelkach, których układacza nie wypadało zmusić do poprawiania, bo to znajomy. Potem, ponieważ zaczynało się już robić późno, wrócił do Chorzowa, a po całkiem niedużym opóźnieniu przyjechał mi, jak zwykle, pociąg.


Paweł Pluta


Powrót