Powrot
Spotkania

Kandel w Osoryi

Michael Kandel
Rzecz jasna, po Wzgorzu Wawelskim, Rynku, Kopcu Kosciuszki a prawdopodobnie przed Leonardem u Czartoryskich, Osorya jest najwazniejszym miejscem w Krakowie. Dowodem na to jest, ze Kandelowie dopiero za trzecim pobytem w Krakowie obejrzeli Leonarda, a Osorie odwiedzili juz dwukrotnie. Znow zasiedli przy TYM stoliku w kacie sali, na krzeslach upamietnionych pradziejami Ossoryconow. Jednak droga wiodaca ich ku tym kluczowym miejscom byla dluga i skomplikowana.
Oto rankiem, 30 lipca 2000 w niedziele wyrwal nas ze snu dzwonek telefonu. Tomek oznajmil, ze wsadzil Kandeli do pociagu wczesniejszego o godzine, niz planowalismy i sa juz w polowie drogi z Warszawy. Nadnercza od razu zareagowaly wzmozonym wydzielaniem adrenaliny. Biegiem zdazylismy na dworzec. Przyjechal Michael Kandel z zona, Margie, i Terry Bisson ("Niedzwiedzie odkrywaja ogien") z zona, Judy. Na wszelki wypadek Kandelowie najpierw poszli do Czartoryskich, zeby wreszcie obejrzec Druga Dame Leonarda, a potem schwytalismy ich pod Adasiem. Michael wlozyl rewelacyjny podkoszulek z nadrukiem: "DAVABEL PIZZA". Jasne, ze skoro pizza byla podstawowym posilkiem bohaterow "Gniazda", ktos musial ja dostarczac. Skoro wiec ksiazka sie dzieje, to najlepiej zadbaja o wlasciwe dostarczenie pizzy tlumacz z autorem. (Istnieja dwa unikalne egzemplarze tych podkoszulkow - drugi z nich ja mialem przyjemnosc od Michaela otrzymac). KM Marek Oramus i Mirek Jablonski pomogli nam przypilnowac gosci, zeby nie zwiali przed zaplanowanym dla nich, dlugim spacerkiem: najpierw pod Wawel, gdzie sie okazalo, ze nadrzeczny bulwar skryla brunatna, powodziowa woda. Nikt nie wzial gumiakow, wiec dalej tramwajem na Salwator (niestety, demonstracja miejsca urodzenia Huberatha wypadla blado, bo sie zagadalismy, a tramwaj jechal za szybko), dalej znow pieszo przez most na Rudawie, na wzgorze Salwator, kolo cmentarza salwatorskiego (gdzie jak dobrze pojdzie, mamy z Huberathowa zarezerwowany skromny lokal) i do fortu na Kopcu, do RMFu. Tu Bogdan Zalewski zaskoczyl nas perfekcyjnym przygotowaniem do roboty (na ten przyklad, przeczytal wszystkie teksty Michaela przetlumaczone na polski). Bogdan nagral z nami wywiady (o czym mowil Michael, przez skromnosc, nie wspomne…) i dyskusje panelowa (Bisson: "ghetto sf istnieje, ale ma niezbyt wysokie mury, wiec mozna z niego wyskakiwac i wskakiwac z powrotem, bo w srodku jest fajniej niz w glownym nurcie"). Nagranie zajelo czterdziesci minut; mialo byc wyemitowane w poniedzialek. Potem na koszt RMFu dwie taksowki zwiozly nas do Piwnicy u Sasow. Muzyka za glosna, a kelnerka pierwszy dzien w pracy i przed szkoleniem zawodowym. Jedyna jej zaleta byl pepek na wierzchu. Niestety, siedzialem przy scianie — zbyt daleko, zeby ocenic jakosc pracy poloznika. Po dlugich i coraz bardziej ozywionych dysputach poswieconych tematom science-fiction odprowadzilismy gosci do hotelu, zas towarzyszacy nam KM MO i Mirek pozostali, zeby sie jeszcze dodyskutowac.
W poniedzialek goscie mieli poznac piekno Tatr. Pekaesem o dziewiatej pojechalismy do Zakopanego. Pod Poroninem zupelnie jakby sie Godzilla posikal: autobus wjechal w istna sciane wody. W Zakopanem w deszczu przerwa, wiec krotki spacerek pod Targowice (po drodze nastepna zlewa), tu goscie zaopatrzyli sie w parasole, dziwiac sie, ze handlarz to nie Ruski, tylko nasz. Wreszcie Krupowkami pod biuro PKL (odebrac bilety z rezerwacji). Kolejka rezerwantow (rezerwistow?) szla tak wolno, ze w miedzyczasie goscie wpadli na obiadek do "Poraja": obsluga sprawna i mila, ale kibel z minionej epoki, jakby wlasciciele chcieli w nim otworzyc filie Muzeum PRLu.
Po przelknietym pospiesznie obiadku, biegiem do mikrobusu i na gore, kolejka na Kasprowy. Od poziomu 1800m mgla jak mleko. Na dodatek wyjscie ze stacji szczelnie otoczone rusztowaniami, betoniarkami, belkowaniami. Na szczycie kolejna zlewa — lipiec zimny, deszczowy, wieje im wyzej tym bardziej, widac ostro Godzilli podwialo skoro przeziebil pecherz.
Zaraz po trawersie ku Suchej Przeleczy skrecilismy do Goryczkowej, tu grupa turystow podzielila sie: czesc na Gran Goryczkowej, pozostali kolejka w dol. Na Przeleczy Goryczkowej Swinskiej mgla nieco sie rozeszla i Michael wreszcie uwierzyl, ze to rzeczywiscie gory, a nie symulacja przygotowana przez biuro turystyczne. Pod Czuba Goryczkowa dorwala nas kolejna wsciekla zlewa. Wialo, lalo, z rzadka pokazywaly sie zbocza Cichej, dopiero na zejsciu do Dol.Kondratowej odslonil sie widok na polnoc — zla pogoda byla tylko w Tatrach, a dalej nad horyzontem sloneczne niebo. W Kondratowej Michael zgubil, jak we fontannie di Trevi pieniazek, gdzies w kosowce kaptur od kurtki. Na pewno tam jeszcze wroci. Ja zas przy schodzeniu czulem tajemniczy bol w dole brzucha, po prawej stronie. Jako czlek w gorach bywaly, bol zignorowalem: przyszedl, to przejdzie.
Na Kalatowkach miast pomyslec o obiedzie, wszyscy siedzieli, suszyli sie i relaksowali, az tu o osmej zamkneli kuchnie. Przebralismy sie w co kto mial suchego i spedzili wieczor przy chrupkach, krakersach, soczkach czy piwie, dyskutujac na ogol na luby dla mnie temat "Gniazda". Rano Krakow wygral z Tatrami w deszczu. Zeszlismy droga do Kuznic, dalej mikrobusem na dworzec. Krotka przerwa w rzygaj-barze "FIS" przy dworcu, i spacer na Rowien Krupowa — tu wreszcie pokazal sie Giewont. A w Krakowie cieplo i slonecznie. Na wieczor goscie podzielili sie, Kandelowie z nami na ukoronowanie pobytu poszli do Osoryi. — Niewiele drozej niz u Sasow, za to czysto i ladnie. Osorya ostatnio jeszcze bardziej wypiekniala: gipsowych facetow z watrobami zamiast glowy sprawili sobie juz ze czterech. Michael na znak mistycznego uczestnictwa w naszych "Ossoryconach" nalozyl facetowi z watrobami zamiast glowy swoj kapelusz na watrobe. Natomiast Margie Kandelowa postanowila za nastepnym pobytem w Krakowie znow odwiedzic Osorie. Mysle, ze oboje zlapali bakcyla krakowskosci. Kiedy — tylko dla sprawdzenia, rzecz jasna — usilowalem ich zachecic do zwiedzania Puszczy Bialowieskiej, necac najwieksza tam obecnie atrakcja, tj. pieczona dziczyzna ze zubra zabitego w zeszlym miesiacu przez ciezarowke, Michael tylko sie skrzywil bez slowa.
Rano we srode wsadzilem gosci do spoznionego o dwadziescia minut pociagu do Gdyni. W przedziale siedziala podejrzanie wygladajaca, mloda niewiasta z malym chlopczykiem, ktory wygladal jeszcze bardziej podejrzanie. Szczesliwie na wygladaniu sie skonczylo, bo zdrowo i calo goscie dotarli na Eurocon. Tajemniczy bol brzucha okazal sie przepuklina. Dorobilem sie jej, przesuwajac meble i przenoszac rozne bety, czego ostatnio robilem od groma, a ujawnila sie przypadkowo na wycieczce. Zaraz po tym krotkim wypadzie w Tatry wybieralismy sie na miesiac w Alpy. Az strach pomyslec, ze gdyby nie ta wycieczka, wywaliloby mi flaki gdzies na lodowcu w trudnych warunkach, albo z czterdziestokilowym worem transportowym na plecach — a to oznaczaloby klopoty. Poki co staram sie o szycie w szpitalu policyjnym, bo maja tam duze doswiadczenie w leczeniu ran postrzalowych. Najlepiej jakby zrobili ze mnie cyborga i zainstalowali w srodku siatke do podpierania kiszek.


tekst i fotografie © Marek S. Huberath

1  I 2  I 3  I 4  I 5  I 6  I 7  I 8  I 9  I 10  I 11  I 12  I 13



Powrot