Za ciosem serca

Ranek był, jak zwykle, zimny i ponury. Sinoczarne chmury kłębiły się złowieszczo wokół nagich górskich szczytów, z impetem spływając po zboczach. Ciemne punkty na niebie krążyły monotonnie, przywodząc na myśl ohydne opowieści o perzołakach. Tylko jaskinie, wykute wiele lat temu w litej skale, dawały mieszkańcom gór gwarancję, że będzie sucho, ciepło, po prostu pewnie...
Dostojny Arnold, budząc się, ziewnął rozkosznie, ukazując światu szczerbatą szczękę. Jego pierwsze (potem także drugie) spojrzenie pobiegło do lustra, stojącego w kącie. Jako stuprocentowy mężczyzna musiał codziennie przetestować swą niewątpliwą męskość.
Niecierpliwym ruchem nogi zrzucił futrzane okrycie i sfrunął przed zwierciadło. Ogromny, rozłożysty - miał potężne ciało porośnięte widocznymi tu i ówdzie kępkami kłaczków. Uśmiechnął się do siebie i splótł mocno ręce, zaciskając zęby i prężąc muskulaturę. Ślicznie! Zagrały wszystkie mięśnie, tworząc ciekawy, błoniasty deseń. Jednak lustro milczało, odbijając jedynie wnętrze jaskini.
Arnold, zawiedziony jak co dzień, zaklął pod nosem i zaczął żmudny rytuał ubierania.
Wiatr mierzwił bez szacunku jego długie włosy, kiedy kroczył dostojnie wąskimi uliczkami Ogrum. Mijani ludzie nie okazywali zainteresowania, widząc samotnego mężczyznę. Doświadczenie wielu lat nauczyło ich, że zaciekawienie mogą przypłacić siniakiem, kopniakiem - a nawet życiem...
Jeszcze kilka uliczek i oto pojawił się cel: sklepik miecznika. Arnold stanął tuż przed wejściem, wprawnym okiem ocenił grubość dębowych drzwi i potężnie kopnął. Gdy opadł kurz, wszedł. Zaraz na wstępie poczuł (oprócz kurzu) znajomy zapach. Och... Zamknął oczy i z lubością wdychał ukochany aromat, przywodzący na myśl wspaniałe, pulchne, szerokobiodre kobiety, stojące nad rozgrzaną do czerwoności blachą, zręcznie ugniatające ciasto, i ładujące je do rozpalonego pieca. Och, och, och, po trzykroć och! Poczuł, że ślina ścieka mu z brody aż na kolana, więc parł bez ustanku do źródła czarodziejskiej woni i gdy ją wreszcie zlokalizował, jednym ruchem szczęk pochłonął wielki, ociekający tłuszczem placek. Wtedy otworzył oczy i ujrzał miecznika, wpatrującego się w niego z niemym podziwem i respektem...
Nie wdając się w zbędne dyskusje, wyjął zza pasa ciężką sakiewkę, naładowaną zrabowanym złotem (o tym miecznik mógł, ale nie musiał wiedzieć) i zdzielił go z wprawą między oczy. Złapał bezwładne ciało i odszukał lodówkę, lustrując pobieżnie jej zawartość. Oprócz dużej ilości piwa, lodu-9 oraz wysuszonego wianuszka czosnku (pfu!) znalazł tylko zielonkawy plasterek szynki, niedbale owinięty w folię. Użył go jako knebla - i troskliwie złożył miecznika w kostkę, by zmieścić go w lodówce. Potem wybrał sztylet z bogatej kolekcji swej ofiary i wyszedł. Po drodze przywłaszczył sobie skórzane, czerwone buty, sięgające do półtora uda i elegancki krawat, służący jako ozdoba a niekiedy jako garota...
Tak wyekwipowany, ruszył - do domu.
Wysoko na niebie krążyły małe czarne punkciki. Arnold przysłonił oczy, by nie zalewał ich deszcz, i próbował dojrzeć, kto zakłóca spokojną szarość nieba. Jak się okazało, sępoloty odbywały rutynowy lot zwiadowczy. Były poza jego zasięgiem...
Poszybował więc w stronę pobliskiego wzgórza, gdyż skupisko czerni z jednym jaśniejszym punktem od pewnego czasu przyciągało jego uwagę. Gdy wylądował, zobaczył stos ciał - na jego szczycie leżał nagi od pasa sępolot, wytatuowanymi pośladkami wypiętymi w niebo. Arnold przysiadł obok, zastanawiając się, jak można było zmarnować tyle dorodnego mięsa, i w zamyśleniu wyskubywał igły, którymi sępolot był naszpikowany....
Na szczycie schludnego stosu szkieletów - leżał nagi sępolot z pośladkami wypiętymi w niebo. A na tych pośladkach każdy uważny obserwator mógł odczytać napis: "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" i podpis: "Arnika" - a pod spodem odpowiedź:"Już wiesz. Hasta la vista - Arnold".
(jz)
|