Dziewka do wynajęcia

Pociągnęła łyk mętnej cieczy ze stojącego przed nią na drewnianej ławie kufla. Piwo, cholera jasna, bez gazu. Co za prymityw; przy takiej ilości amatorów tego trunku to pierwsza rzecz, jakiej powinni się nauczyć. Rozejrzała się po zatłoczonej, brudnej karczmie, spode łba przyglądając się gościom: żołnierze pod bronią i cywile, którym z pewnością nieobca była sztuka walki, albo częściej po prostu bijatyka; kilku jegomościów wyglądających dość majętnie, pewnie kupców, oczywiście z silną obstawą; w kącie jakieś podejrzane zgromadzenie. A to co za pajace? W tych kretyńskich kapeluszach to mogą być tylko wariaci albo zakonnice, co wychodzi na jedno. Albo ekipa remontowa. Poza paroma podszczypywanymi panienkami roznoszącymi kufle i dzbanki - żadnych kobiet. Trzeba się stąd ewakuować. Hałas, smród, a do tego mogliby mnie tu polubić w sposób, który mi się nie spodoba. Co ja robię sama w takiej mordowni? Siedziała pod ścianą, od drzwi wejściowych dzieliło ją jakieś dwadzieścia kroków. Pogrzebała pod płaszczem w poszukiwaniu jakiejś waluty zdatnej do uiszczenia rachunku i, ku swej uldze, znalazła sakiewkę wypchaną do granic możliwości. Niedbałym gestem rzuciła na stół jedną z monet. Bez kłapania zębami trudno to ocenić, ale sprawiała wrażenie autentycznie złotej, za to kształt sześciokąta nie wydawał się odpowiedni. Tkwiło w Wice jakieś idiotyczne przekonanie, że pieniądze powinny być okrągłe. Przechodząca z pustym dzbanem piegowata dziewuszka szybkim ruchem zgarnęła zapłatę i najwyraźniej pozytywnie oceniając jej wartość, zalotnie otarła się o oparcie krzesła. Co ja w ogóle tu robię? Miała dziwne uczucie, że coś ważnego jej umknęło, że wie za mało. Wstała i bardzo starając się iść spokojnym, pewnym krokiem ruszyła ku drzwiom czując jak coś obija się o jej lewe udo. Miecz, zapewne - miło wiedzieć, że w razie czego dam się usiec z honorem. Była coraz bliżej drzwi. W żadnym porządnym filmie nie udałoby mi się stąd tak po prostu wyjść, nie ma mowy, coś się musi wydarzyć. Wyciągnęła rękę w stronę klamki. Drzwi otwarły się z hukiem, popchnięte przez wchodzącego do karczmy żołnierza. Wika odskoczyła w tył utrzymując równowagę, lecz pod wpływem gwałtownego ruchu kaptur zsunął jej się na plecy. Wiedziałam, cholera, wiedziałam, że tak będzie. Sięgnęła do wiszącej u pasa broni.
- Patrzcie, to dziewka! - zawołał żołnierz do wchodzących za nim towarzyszy. Był
wielki, zwalisty i miał kłąb sino-czerwonych blizn zamiast lewego oka. Chwycił ją za ramiona i przyciągnął ku sobie. - No ...ślicznotko, dokąd się wybierasz kiedy zapraszamy do kompanii?

Wiktoria usiadła na łóżku w swojej niewielkiej, wynajętej garsonierze; za oknem dwa
wściekłe neony migały naprzemiennie: czerwony - niebieski - czerwony - niebieski - czerwony... Gruby, nieruchomy kocur oparł łeb tuż przy jej twarzy i świdrował ją żółtymi ślepiami. No jasne, to musiał być sen. Ale cuchnęło całkiem realistycznie. Wynocha z mojego łóżka, Grubasie. Stanowczo usunęła kota z pościeli. Była
umiarkowanie wystraszona i wydawało jej się, że senny koszmar powinien się wiązać z silniejszymi emocjami. Naciągnęła kołdrę na głowę. Niech tylko znajdę jakąś robotę, natychmiast się stąd wyprowadzę. Na razie jednak skończyła studia i została kwalifikowanym psychologiem bez pracy. Pomimo kilku niezłych publikacji w fachowych pismach, od miesiąca szukała i nic nie zapowiadało, by jej działania miały w najbliższym czasie zakończyć się oszałamiającym sukcesem, no - chociaż mniej oszałamiającym, ale jakimkolwiek. O dobrą posadę trudno, a kiepską... no cóż, miała jeszcze trochę rezerw finansowych, może poczekać.

Siedziała na drewnianej ławie trzymając w ręku kufel mętnego piwa. Aha, już tu
byliśmy... Tym razem trzeba się pośpieszyć i wynieść stąd zanim pojawi się to nieszczęsne towarzystwo. Dla dodania sobie animuszu wypiła kilka sporych łyków: z gazem, czy bez, piwo jest piwo i szkoda je tak całkiem zmarnować. Rzuciła na stół tak samo kanciastą monetę z tak samo wypchanej kiesy i nie czekając na piegowatą ruszyła w stronę drzwi. Po drodze na wszelki wypadek sprawdziła, czy pobrzękujący u jej boku kawał żelastwa to istotnie broń. Korzystając z osłony, jaką dawał obszerny płaszcz, chwyciła za rękojeść i lekko wysunęła miecz z pochwy. Dotarła do drzwi i już, już miała położyć rękę na klamce, gdy pchnięte z zewnątrz gwałtownie skoczyły ku niej. Odskoczyła uchylając się przed uderzeniem i tak jak poprzednio kaptur zsunął się z jej głowy.
- Patrzcie, to dziewka! - zaryczał radośnie jednooki odwracając się do swych
kamratów. Tym razem nie zamierzała dać się unieruchomić w jego uścisku. Korzystając z chwili zaskoczenia cofnęła się i wyszarpnęła miecz. Lekki, świetnie wyważony, skarb, nie żelazo.
- Dla ciebie jaśnie pani, pachole! - Ugięła kolana i stanęła w pozycji, którą znała, nie wiedząc skąd. Kim ja do cholery jestem, co robię w tej spelunie? Mierzyła wzrokiem potężnego przeciwnika, który nie tracąc czasu wyciągnął broń i zaatakował. Odruchowo sparowała cios i zaskoczona swoją siłą uderzyła w odsłonięte miejsce pomiędzy pancerzem a ozdobionym trzema lśniącymi kolcami hełmem. Klinga weszła, może
nie jak w masło, ale już na pewno jak w miękki, na przykład pleśniowy ser, i wyszła z drugiej strony. Jeszcze przez chwilę żołnierz stał z wyrazem zaskoczenia na oszpeconym obliczu, a potem ze szczękiem osunął się na ziemię. Wchodzący do karczmy wydali okrzyk wściekłości. Odbijając ciosy czterech mieczy Wika kątem oka zauważyła, że pozbawiona hełmu głowa zabitego potoczyła się na środek izby, a jasne, prawie białe włosy rozsypały się wśród glinianych skorup, źdźbeł słomy, rozłupanych dla wyssania szpiku kości i innych śmieci pokrywających rozmiękczone plwocinami i rozlanymi trunkami klepisko. Wiedziała, że musi rozprawić się z wściekłymi wojakami na tyle szybko, by reszta bywalców karczmy nie zdążyła ruszyć im na odsiecz. Szarpnęła brzeg płaszcza i korzystając ze wzorców zaczerpniętych z kiepskich filmów wionęła nim przed sobą tworząc nietrwałą osłonę oddzielającą ją od napastników. Metoda okazała się na tyle dobra, że korzystając z chwili zaskoczenia udało jej się ciąć najbliższego przeciwnika w ramię. Niezupełnie trafiła - odcięta dłoń wciąż zaciśnięta na rękojeści wygiętej szabli pacnęła pod nogi swego właściciela. Młodziutki, teraz już jednoręki blondynek z wyrazem osłupienia na rumianej twarzyczce wpatrywał się w nią przekrzywiając głowę na bok. Kolejny do zabicia, dziobaty młodzian z rudym wąsem, nie mając widocznie ochoty zginąć odrzucił szablę i unosząc ręce wołał "Misericordiam, misericordiam". Mizerykordią mogłabym cię miłosiernie dobić, mój drogi. Miłosierdzia będzie się domagał, mięczak.Pardon się mówi. Tak, czy inaczej, pora się stąd wynosić. Ostrożnie, tyłem wycofała się w stronę otwartych drzwi, wciąż trzymając uniesiony miecz. Minęła odrzwia wchodząc w mrok. Poczuła silne uderzenie w tył głowy. Ależ jestem durna...

Gdy obudziła się we własnym łóżku, kot obserwował ją z fotela, a ból rozsadzał
czaszkę. Odruchowo obmacała tył głowy - oczywiście żadnego guza nie znalazła. O rany, dwunasta godzina, cholerny budzik, cholerne ciśnienie, cholerny świat. Kawyyyyyyy... Powlokła się do mikroskopijnych rozmiarów kuchenki i ignorując ocierającego się o jej nogi rudego, tłustego kocura włączyła ekspres. Kiwając się na
odziedziczonym po poprzednich lokatorach trójnogim krześle barowym usiłowała przypomnieć sobie zaplanowane na ten dzień niezwykle ważne zajęcia. Kot przyglądał jej się zadziwiająco spokojnie, zważywszy, że od wczoraj nic nie żarł .
- No co, Grubasie, pewnie jesteś głodny? Na razie zadowoli cię chyba miska mleka i
resztki wczorajszej kolacji? - Ćwiartkę wędzonego kurczaka ułożyła na plastikowym talerzyku nie potrafiąc zdobyć się na ryzyko poświęcenia elementu familijnego serwisu Rosenthala, stanowiącego jedyny komplet naczyń, jaki posiadała. - No stary, wybacz, obiecuję ci dziś sprawić jakąś odpowiedniejszą zastawę. Grubasa miała od wczoraj; znalazła, a może raczej spotkała go - bo nie wyglądał na zagubionego - na własnej wycieraczce. Czekał ze stoickim spokojem, a gdy otworzyła drzwi wlazł po prostu do mieszkania i rozwalił swe cielsko na zdezelowanym,
pluszowym fotelu z taką pewnością siebie, że próba eksmitowania go wydała się Wice nietaktem.
Kilka godzin później okazało się, że poranek nie był najmniej przyjemnym fragmentem dnia.
- Doprawdy nie widzę powodu, dla którego miałoby panu zależeć na zatrudnieniu mnie na tak nietypowym stanowisku - powstrzymała się od okazania zniecierpliwienia - i nie jest to tylko kwestia proponowanych przez pana warunków, choć przyznam, że niektóre punkty kontraktu wydają mi się niezrozumiałe. Panie Morre - z wysiłkiem wycisnęła na swe oblicze grymas mający symulować przyjazny uśmiech. Było to drugie
ich spotkanie i upór, jaki wykazywał jej rozmówca nakłaniając ją do przyjęcia posady "naczelnego reskutora" (A cóż to w ogóle za urząd!?) wydawał jej się irytujący - usiłuje pan za ogromną sumę powierzyć mi zadanie, do wykonania którego nie mam kwalifikacji.
- Pani - potężny mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze znakomicie
układającym się na dalekiej od ideału sylwetce złączył palce dłoni w geście przypominającym mudrę harmonizującą funkcje organizmu - nasza korporacja przeprowadziła wystarczająco szczegółowe rozpoznanie, by stwierdzić, iż jest pani właściwą osobą. Podkreślam, że charakter naszej pracy wymaga specyficznych talentów... to znaczy predyspozycji i ocena pani przydatności dla naszej sprawy jest możliwa tylko przy uwzględnieniu pełnego zestawu kryteriów. Mogę pani zagwarantować, że zostały one ustalone niezwykle precyzyjnie i jakakolwiek pomyłka nie wchodzi w rachubę.
- Pan wybaczy, ale przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji chciałabym wyjaśnić kilka
kwestii, które wydają mi się... no cóż, niejasne. - Niejasne?! Podejrzane i po prostu śmierdzące, ryży bubku.
- W miarę możliwości udzielę wyjaśnień, proszę jednak pamiętać że sprawa jest...
poufna. I niezwykłej wagi. - Malcolm Morre był bez wątpienia silną osobowością, jego postać sugerowała, że nie przywykł do ulegania naciskom. Tym razem sprawa była jednak na tyle poważna, że skłonny był pójść na ustępstwa - Proszę pamiętać, że warunki finansowe są negocjowalne. Misja jest jednak całkiem bezpieczna.
- Pamiętam, Jakże mogłabym o tym zapomnieć. - postanowiła tymczasowo pominąć tę kwestię. Negocjowalna kwota równowartości miliona dolarów w złocie wydawała się kompletnym abstraktem, zaś jako realne wyobrażenie, czy to pod postacią waluty, czy kruszcu stawała się perwersyjna. - Mówił pan, że moim zajęciem będzie mediacja polityczna, dobrze zrozumiałam?
- Tak, choć nie jest wykluczone, że w razie potrzeby będzie pani pełniła funkcję
doradcy taktycznego.
- Czyli istnieje ryzyko działań wojennych?
- Nie. - Pochylił się nad dzielącym ich masywnym biurkiem i zajrzał z troską w jej
piegowatą twarz - Raczej... nie.
- Rozumiem... - No tak, teraz faktycznie rozumiem ten milion. Dlaczego ja? No
chyba, że chcą doprowadzić do wojny i zwalić na kretyna - mediatora, do tego z całą pewnością nadaję się wprost doskonale. - Czy informacja, o jakie państwo chodzi jest poufna?
- No cóż, sama pani rozumie, że dopóki się pani nie zdecyduje i nie podpisze
kontraktu...
- No dobrze. - Chłopie, to akurat jestem w stanie pojąć... - Wspominał pan coś o
terminie.
- Jeszcze nie, ale sprawa jest bardzo pilna.
- Jak bardzo?
- Wyjazd nastąpi natychmiast po podpisaniu kontraktu.
Po EWENTUALNYM podpisaniu kontraktu. Ależ ty człowieku jesteś nadęty. Przyglądała mu się uważnie, zupełnie tego nie ukrywając; powinien być na to przygotowany składając taką propozycję. Nie wyglądał na mitomana, nie sprawiał też wrażenia, jakby cieszyła go perspektywa konfliktu. Prawdę mówiąc wydawał się zmartwiony, może raczej zatroskany.
- Nie całkiem jasno określił pan przewidywany czas trwania tej... specyficznej
umowy.
- Miesiąc. I dwieście pięćdziesiąt tysięcy za każdy dodatkowy tydzień pracy.
- Sposób uiszczenia tej sumy, jak rozumiem, już pan przewidział? - uśmiechnęła się
krzywo.
- Zostanie zdeponowana w banku, na pani nazwisko oczywiście, a podjąć ją będzie
pani mogła po zakończeniu misji. - odpowiedział uśmiechem, zadziwiająco nieśmiałym, jak na osobę o takich "parametrach".
- A co w razie niepowodzenia?
Zbladł. Zbladł naprawdę, zrobił się biały, jak kołnierz nieskazitelnej koszuli.
- Cóż, w każdej sytuacji zostanie pani odesłana do... kraju. - opanował się po
sekundzie, nie później - Jednak proszę się nie martwić, raczej nie jest możliwe, by misja się nie powiodła.
Akurat. Szczególnie jeżeli ja się za to wezmę...
- Czy jest jeszcze coś, o co powinnam zapytać? - Tym razem jej uśmiech wypadł
szczerze.
Morre odetchnął z ulgą i nieco rozluźniony rozparł się w swym dyrektorskim fotelu.
- Napije się pani czegoś?
- Nie, jeszcze się nie zdecydowałam, ale jeżeli w końcu się zdecyduję, to z całą
pewnością przyda mi się jakiś trunek. Najlepiej Nervosol.
- Będę przygotowany. - Roześmiał się. Pierwszy raz szczerze, i z nadzieją. - Nasz
kraj jest naprawdę piękny, będzie pani urzeczona. Jest... zupełnie inny niż cokolwiek... Poza tem, pani pomoc jest dla nas niezwykle ważna.
- No dobrze. Pozwoli pan, że przemyślę tę sprawę i ... - wstała.
- Skontaktuję się z panią pojutrze, jutro ma pani zdaje się uroczystość rodzinną.
Wszystkiego najlepszego.
- Dziękuję bardzo. - Skąd wiedział? No jasne, przeprowadzając wywiad nie mogli
pominąć daty urodzenia.

Siedziała przy brudnym, odrapanym drewnianym stole, dzierżąc kurczowo ucho
glinianego kufla. Już po pierwszym łyku rozpoznała smak mętnego napoju - piwo. Zbyt cierpkie, bez gazu, ale niewątpliwie piwo. Już sam ten fakt przemawiał za tym, by je wypić. Przy sąsiednim stole kilku typów głośno dyskutując grało w kości i doprawdy niewiele będzie trzeba, by przeszli na skuteczniejszy sposób argumentowania.
Przyglądała im się chwilę spod burego kaptura. Kości była jakaś straszna ilość: dziewięć?, nie - dziesięć. W knajpie śmierdziało alkoholem, stęchlizną, potem i szczyną. Kudłate, niedomyte towarzystwo zajmowało się żłopaniem piwa, zżeraniem wszystkiego, co pojawiało się na stołach i, jakże by inaczej, napastowaniem usługujących kobiet. Bijatyka wisiała w powietrzu. Jeżeli się stąd nie wyniosę, to albo się uduszę, albo mi wklepią przy okazji. Obym tylko miała czym zapłacić. Sięgając pod płaszcz natknęła się nie tylko na ładnie wypchaną sakiewkę, ale też na
niezły kawałek żelaza u swego boku. Wśród tych wszystkich niespodzianek wreszcie coś przyjemnego. Wyjęła sześciokątną monetę i wstając z miejsca rzuciła na stół. Dziewczyna, która ją podniosła miała zielone oczy i urocze, brązowe piegi na zadartym nosku. Nie miała za to z pewnością nawet piętnastu lat. To podpada pod prokuratora. W takiej spelunie nie powinno być dzieci, - ruszyła ku drzwiom - piwo powinno być lepsze, kości ma być pięć, a pieniądze nie powinny mieć kantów... Ja też nie powinnam się tu plątać, a to, co jak sądzę jest białą bronią nie może mi się tak straszliwie obijać o kolano. A, i jeszcze nieźle by było, gdybym wiedziała, co tu robię. Dotarła do poznaczonych szramami drzwi, gdy te otworzyły się z hukiem. No, to już z pewnością gdzieś grali! - pomyślała gdy jednooki żołdak na widok opadającego z jej głowy kaptura wykrzyknął:
- Patrzcie, to dziewka!
- No i co z tego? - powoli, ostrożnie wyjęła miecz z pochwy, nie odsłaniając jednak
okrywającego ją szerokiego płaszcza. Zaskoczenie wywołane jej reakcją nie trwało długo.
- Nadobna panienko, zapraszamy do kompanii. - Młodziutki blondynek o twarzy pazia
uśmiechnął się lubieżnie i wyciągnął w jej kierunku ręce; w sam raz na tyle, by mu je bez szwanku odjąć od reszty ciała. Wika zrobiła to jednym cięciem, poczym lekko tylko zmieniając położenie miecza prowadzonego precyzyjnie po łuku przemknęła końcem klingi przez gardło dziobatego rudzielca, do którego z niewiadomych przyczyn czuła
szczególną antypatię. Upuszczanie krwi nie jest chyba klasyczną kuracją na kłopoty z cerą? Nie miała czasu, by otrzeć krew z twarzy. Pozostała dwójka żołnierzy wyciągnęła miecze.
- Czekaj, suko - wycedził przez zęby jednooki, prawdopodobnie dowódca patrolu - nie zabiję cię od razu. - walczył sprawnie i był, jak na swą posturę, bardzo zwinny.
- To akurat mogę ci zagwarantować. - Usiłowała zajść go z lewej strony, gdzie miał
ograniczone pole widzenia. Kompan jednookiego na swych krótkich, pałąkowatych nóżkach konsekwentnie usiłował znaleźć się za jej plecami. Gdy w końcu mu się to udało, wiedziała, że albo zakończy te walkę jakimś sprytnym manewrem, albo oni zakończą ją po swojemu. Zgodnie z przewidywaniami obaj jednocześnie ruszyli naprzód: jednooki wyprowadzając proste, obliczone na zadanie rany w brzuch pchnięcie, jego kompan mierząc wyżej liczył na zakończenie walki. Wika w ostatnim momencie rzuciła się w bok otwierając przestrzeń między dwoma błyskawicznie zmierzającymi ku sobie zakrzywionymi szablami. Pociągnięty impetem swego ciosu olbrzym stracił równowagę i pomimo, iż usiłował ją odzyskać robiąc głęboki wypad, wyciągnięta w przód broń rozpłatała jego towarzysza tnąc od ramienia, aż do kroku. Pozbawiony podwładnych dowódca otworzył usta do krzyku, lecz wydać go już nie zdążył. Cios w kark, wymierzony pomiędzy hełm, a kolczugę praktycznie odrąbał jego głowę od tułowia. Wiedziona impulsem Wika szarpnęła siedzącego w pobliżu grubego, bogato odzianego jegomościa.
- No, kotku, pójdziesz ze mną. - Pozostali bywalcy karczmy nie zareagowali, wpatrując się w nią z przerażeniem i wyrazem szczerego obrzydzenia na twarzach. Nie wiem, o co wam chodzi, przecież wypruwanie flaków macie chyba w codziennym rozkładzie zajęć. Wypchnęła kupca przez drzwi przed sobą. Rozległo się głuche uderzenie i stęknięcie padającego ciała. Po chwili zaczajony żołnierz z nieszczęsnego patrolu klął na progu oberży obficie brocząc krwią z rozciętego ramienia. I tak miał najwięcej szczęścia. Wika wreszcie znalazła się na zewnątrz. I co dalej? Nawet nie pamiętam, czy przyjechałam tu konno... Prawdę mówiąc w ogóle nie pamiętam, żebym tu przyjeżdżała.
Odwróciła się i pojrzała na szyld: "KONIEC DROGI", pod spodem ktoś koślawo dopisał: "POCZĄTEK", niestety nie dokończył, czego. A może właśnie dokończył? Nagle drzwi "Końca drogi" otwarły się z hukiem i wyległa przez nie żądna bitki i zemsty za zszarganie swego samczego honoru gromada. Wika przyjęła pozycję obronną. Czy jeżeli będą mieli ciężką przeprawę, to wystarczy? Ilu zabiję? - Tylu, by nie chciało im
się ryzykować pojmania mnie żywcem. Zanim ją dopadli zauważyła jeszcze, że ponad karczmą jeden przy drugim lśnią trzy okrągłe księżyce. Nie zdążyła się nad tym zastanowić.

Obudziła się w środku nocy obolała i wykończona; znowu śniła ten sam, coraz
bardziej irytujący sen. Grubas siedział na kołdrze i obserwował ją z napięciem, o ile to możliwe. Czy ty naprawdę nie masz nic innego do roboty? Odkąd tu mieszkasz nie mogę spać. Jeśli się okaże, że mam na ciebie alergię - wylatujesz. Sen powtórzył się jeszcze dwukrotnie w ciągu tej nocy - raz udało się Wice przez chwilę przyjrzeć trzem niepokojąco żółtym księżycom w pełni. Gdy się budziła, widziała wlepione w siebie identycznie żółte ślepia Grubasa. Na swoim przyjęciu urodzinowym zajęta była głównie ziewaniem i nie pozostało to niezauważone. Tłumaczenie, że ostatnio źle sypia wywołało tylko domyślne uśmieszki i parę pikantnych aluzji; co najgorsze - zupełnie bezpodstawnych.

Przy trzecim łyku mętnego trunku poczuła nieuzasadnioną irytację. Piwo, wprawdzie
nieklarowne, było świeże i chłodne, z resztą smak znała doskonale - nie o to chodziło. Sytuacja wkurzała ją niejako samoczynnie. Nieco zbyt gwałtownie odstawiła kufel, rozlewając część zawartości na sfatygowany blat; w zgiełku panującym w karczmie nikt nie zwrócił na to uwagi. Wyjęła z sakiewki monetę, której kształt równie bezzasadnie wyprowadzał ją z równowagi. Wstając zahaczyła o przytroczony do pasa miecz, prawie się przewracając. Cholera! Pomyślała, chwytając się stołu. Ciężka cholera. To wszystko, co mogła z siebie wykrzesać idąc w stronę wyjścia. Gdy uderzyły ją pchnięte od zewnątrz drzwi, wiedziała już, że należy się spodziewać najgorszego.
- Patrzcie, to dzieeeaaahhh... - brzydka, jednooka głowa w sfatygowanym hełmie potoczyła się po ziemi. Nie tracąc czasu na podziwianie tego widoku Wika wepchnęła miecz w gardło pryszczatego towarzysza miłośnika dziewek. Spodziewała się więcej krwi. Pozostali dwaj żołnierze usiłowali zajść ją od tyłu, jednak przekraczając trupy starała się utrzymać frontem do przeciwników. Z wysiłkiem sparowała wyprowadzony szerokim łukiem od góry cios zakrzywionej szabli pozwalając jej ześlizgnąć się w bok i, nieznacznie tylko wyginając nadgarstek, błyskawicznie przyjęła na płask uderzenie z drugiej strony. Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczuła piekący ból w plecach i piersi. Upadając odwróciła się za siebie i ujrzała młodego blondynka z zakrwawionym mieczem w dłoni. Jaki śliczny chłopaczek...

Dość! Kurczę, dość, dość, dość! Siadając na rozkopanym łóżku Wika postanowiła, że nie będzie dłużej znosić tego głupiego snu. Śnił jej się po raz trzeci dziś i po raz nie wiadomo który w ogóle. Weźmie się za jakąkolwiek robotę, nawet tak kretyńską, jak ta proponowana przez Morre'a, będzie zapierniczała przez cały dzień z wywieszonym ozorem, a potem spała jak zabita. Któraż, to godzina? Siódma? To świetnie, w sam raz pora, by zadzwonić do pana Ryżego Bubka i oświadczyć mu, że się zgadzam. Jeżeli mu naprawdę zależy, ucieszy się o każdej porze. Kontrakt został podpisany o godzinie 8, 43. Rozmowa, podczas której Wiktoria
wyjaśniała matce, że trafiła jej się wspaniała okazja wyjazdu za granicę, oraz domagała się opieki nad Grubasem nie należała do miłych. Ani spokojnych.
- Może pozwoli pani na herbatę? - jej nowy szef osobiście postawił na stole tacę z
niewielkim dzbanuszkiem i filiżankami.
- Chętnie, ale chyba nie mamy zbyt wiele czasu. Muszę się jeszcze spakować.
- Ależ mamy go tyle właśnie, by napić się herbaty. - Płyn był niebywale ciemny i
aromatyczny. Podczas nalewania pachniał cierpko i ciężko.
Idąc za przykładem gospodarza Wika wzięła w ręce bezuche naczyńko, parząc palce.
- W takim razie - za udaną współpracę. - Upiła niewielki łyk.

Piwo, to niewątpliwie jest piwo. Co prawda bez gazu, ale... Trzymała w ręku
półlitrowy, gliniany kufel. Z całą pewnością nie była to filiżanka herbaty. Obok niej, na drewnianej ławie, opierając się o blat topornego stołu siedział długowłosy, wąsaty Malcolm Morre w ciemnozielonej szacie ozdobionej czterema nachodzącymi na siebie kołami ze złota, lub przynajmniej wyglądającymi na złote. Na głowie miał kapelusz z czterema rogami nieprawdopodobnie wprost wyciągniętymi ku górze. Nieomal identyczny, jak sześciu jegomościów w przeciwległym kącie sali. Wyglądał w nim tylko odrobinę mniej idiotycznie niż oni.
- Nie martw się, pani; jesteś w czasie i miejscu, w którym winnaś się znajdować.
- Jakoś w to wątpię - skrzywiła się nie odpowiadając na jego uśmiech - Ta nora nie
kojarzy mi się najlepiej.
- To jedyna droga.
- Droga? - parsknęła wzgardliwie w głąb kufla - Chyba na tamten świat.
- W jakimś sensie tak. - uśmiechnął się uspokajająco - Istnieje wiele światów,
czasami jeden z nich rozpada się, lub kilka łączy w jeden, a wtedy ratunek dla jednego z nich musi nadejść z innego. Nie mogłem ci tego wyjaśnić przedtem, ale... jesteś nam potrzebna, pani. - podniósł do światła kryształowy kielich obserwując odblaski światła osiadające na misternie rżniętym wzorze.
- Nie rozumiem, do czego - nie potrafiła opanować ironii - panie.
- Ja też nie. Wiem tylko, że według przepowiedni masz odnaleźć zaginiony księżyc. -
upił łyk czerwonego wina i odstawił kielich - Zaraz przybędzie nasza świta. Może wina?
Wika niewiele rozumiała z tego, co się wokół niej działo, poza tym, że po raz
kolejny znalazła się w miejscu, w którym już wielokrotnie ją zabili. Może jeśli coś zmieni, to zmieni się także reszta scenariusza.
- Zwykle wolę piwo, - skrzywiła się w kwaśnym uśmiechu - ale pańskie naczynie
mnie przekonało. Na znak, dany przez Malcolma piegowata dziewuszka przyniosła kielich. Miedziany! Nim Wiktoria zdążyła zaprotestować nastąpiła krótka narada, poczym gruby karczmarz osobiście przyniósł drugi kielich z przejrzystego kryształu i z niesmakiem obserwował, jak rudy, tęgi mężczyzna napełnia go winem i podaje siedzącej przy nim osobie.
- Nie jest przyjęte, by ktoś, kto nie jest Magiem używał kryształu w TYM MIEJSCU. -
wyjaśnił Malcolm.
Na dalsze pogawędki nie było czasu. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do karczmy
wkroczyła piątka żołnierzy pod dowództwem jednookiego olbrzyma.
- To po nas. Nie obawiaj się, pani.
Wika czuła ciężar miecza opierającego się o jej udo. Poprawiało jej to
samopoczucie, jednak w niewielkim stopniu. Żołnierze rozpoznali Maga, z szacunkiem przystanęli przed stołem z wielkim natężeniem uwagi wpatrując się w postać obok niego i w stojący przed nią kielich. Wiktoria i Mag powstali z miejsc.
- To jest Przepowiedziana Osoba. - powiedział. Nagle ją olśniło. Jaki on podobny do
Grubasa.
Jednooki z uwagą wypatrywał twarzy pod ciężkim kapturem.
- Patrzcie, to dziewka. - szepnął z niedowierzaniem.
|