Wszystkie drogi prowadzą inaczej

Opowiadano później, że nadszedł wieczorem, lecz nie było zgody wśród przygodnych świadków odnośnie kierunku, z którego przybył. Jedno nie ulegało wątpliwości - podróżował straszliwie zakurzonym gościńcem. Szedł pieszo, a skąpy dobytek dźwigał na plecach; nieliczni gapie mogli podziwiać bogato zdobione siodło oraz wielką ilość manierek, przytroczonych do mocnego skórzanego pasa. Zwracała uwagę odzież, niestosowna na tę chłodną porę roku - cienka czarna koszula z krótkimi rękawami i nijakiego koloru spodnie, ciasno opinające nogi. Całą odzież pokrywała gruba warstwa kurzu.
Było późno i wszystkie kramy już zamknięto, a ciasne uliczki opustoszały wraz z odejściem kupców. Nieznajomy zatrzymał się przed gospodą "Pod rozryczanym Jeleniem", posłuchał gwaru głosów, uchylił przed potokiem pomyj, które ktoś wylał z kuchni prosto w jego stronę - i poszedł dalej, tonąc w hałdach śmieci.
Tuż obok przycupnęła druga, mniejsza gospoda, nie ciesząca się najlepszą sławą, lecz pustawa i mroczna. Gdy wszedł, natychmiast ściągnął spojrzenia nielicznych bywalców. Karczmarz uniósł rozczochrany łeb znad kostropatego szynkwasu, łypnął przekrwionymi oczami i zastygł, przewidując kłopoty. Nieznajomy zrzucił z barków siodło i warknął:
- Piwo. I niech się nie waży powiedzieć ani słowa! - co mogło się odnosić zarówno do piwa, jak i do karczmarza.
Natychmiast podano wyszczerbiony kufel, więc uniósł go wysoko i chlusnął pienisty płyn w szeroko otwarte usta. Potem otarł wąsy i brzęknął monetą. Dużą, srebrną.
- Karczmarzu, chcę zagrać.
Mówił tak, jakby wyciągał z siebie każde słowo, z dziwnym akcentem, a ton głosu miał nieprzyjemny. Karczmarz przewidywał kłopoty coraz intensywniej, lecz po krótkim namyśle wskazał jeden z wolnych stolików. Nieznajomy ciężko opadł na krzesło. Za chwilę podszedł do niego osobnik, wyglądający na rozbójnika - po czym w milczeniu ustawił figury. Gość ostro szachował, lecz przeciwnik był nie w ciemię bity i przewidywał, skąd nadejdzie atak; w dodatku, zamiast grać z finezją, dążył do wybicia wszystkich figur, podstawiając swoje. Przybysz zagryzał wargi, żeby nie parsknąć z pogardą, w takiej walce najbardziej cenił odwagę i pomysłowość, a nie rąbaninę. Grał więc bez słowa, uparcie i złowrogo. Kiedy pozostały im już tylko po cztery figury: król, hetman, skoczek i pion - partia nieoczekiwanie, acz litościwie zakończyła się remisem. Tubylec zobaczył łatwego do oskubania naiwniaka, toteż przed następną rozgrywką zapytał tylko: "co stawiasz?" - na co jego rywal odrzekł: "siodło za konia". Partia była bardzo nerwowa, szarpana, gość grał w defensywie, nie chciał wymieniać figur, ryzykując karkołomne kombinacje. Wreszcie, wykorzystując nieuwagę przeciwnika, podwójnie zaszachował skoczkiem i zabijając hetmana, zdobył znaczną przewagę. To zadecydowało. Po kilku ruchach nieznajomy powiedział donośnym, dźwięcznym głosem "szach, mat!" - i błyskawicznie zerwał się z kulawego krzesła, blokując skrzyżowanymi rękami potężny cios w skroń.
Jego napastnik sam zderzył się z podłogą, skąd przez wirujące gwiazdy mógł podziwiać szpary między drewnianymi deskami i zakurzone, ohydnie spiczaste buty przybysza. Unieruchomiony, wycharczał z wysiłkiem, plując odłamkami zęba:
- Jak cię zwą... - but zbliżył się niebezpiecznie - ...panie?
Z wysokości powały nadeszła cicha, złowieszcza odpowiedź:
- Tergal ..noju. I dzięki za konia.
Nikt nie odważył się zatrzymać Tergala, który wyszedł z karczmy powoli, smakując zwycięstwo. Przed wejściem stało pięć koni, więc cofnął się nieco, wprawnym okiem oceniając ich budowę i temperament. Wybrał zgrabną klaczkę, która jak zwariowana machała ogonem (miała też grzywę ufarbowaną w różnokolorowe pasma, ale był to detal). Poklepał ją czule po pysku, pogłaskał po delikatnych chrapach, zdjął cudze siodło, założył swoje i szepnął jej do ucha:
- Teraz nazywasz się Pliszka.
Po czym wskoczył na konia i natychmiast spadł. Po czym udał się pieszo na poszukiwanie grodnika, który rządził tym całym bałaganem.
(joka)
|