Powrót na stronę jednorożców
Powrót na stronę główną Harpiuna



Zamówienie


I.
Po sekundzie telefon zadzwonił ponownie. Mamrocząc klątwy, podniosłem słuchawkę i rzuciłem gburowato:
- No co jest?
Tak obcesowo zachowuję się może raz do roku. I zwykle mam alibi. Tym razem z równowagi wyprowadziła mnie rozmowa ze Zbysiem Waldeckim. Poznasz poetę po jego wierszach, a te, których Zbysio lekturę właśnie mi zaproponował, były fatalne. Jak to mawia Kromala, znajomy lekarz, rokowania nie były złe - były fatalne. A jednocześnie nie mogłem odmówić, bo to stara znajomość i towarzyskie zobowiązania. Moja cierpliwość do Zbysia wyczerpywała się jednak po godzinie zegarowej lub krótkiej rozmowie telefonicznej, tymczasem Zbysio znany był z dzielenia się wieściami, że Miłosz to, a Różewicz tamto. Uwielbiał się podpierać Dużymi Nazwiskami, i pewnie zapomniał mi powiedzieć, że...
- Pan Beletański? - odezwał się tymczasem w słuchawce ciepły, zmysłowy, wręcz erotyczny głos. Momentalnie podniosło mi włoski na górnej części dłoni, a kręgosłupem pobiegł dreszcz. Wstyd przyznać, jak niewielką władzę ma człowiek nad swoim ciałem. Wygodniej rozparłem się w swoim fotelu.
- Tak - rzuciłem niepewnie, starając się nadać głosowi równie interesującą barwę. - A kto mówi?
- Redaktor Tomaszewska, z redakcji "ReWizji Kultury". Kojarzy pan zapewne? - przedstawiła się Zmysłowy Głos, przy okazji ujawniając swą młodość, bo dłużsi stażem redaktorzy liczą, że już samo nazwisko powali rozmówcę na kolana.
A jakże, kojarzyłem. Jeden z kilku liczących się kwartalników literackich w kraju. Kiedyś tam publikowałem, ale przestałem im podrzucać teksty, gdy naczelnemu odbiło i skumał się z narodową prawicą od Gerlacha.
- Pamiętam - odparłem. - Publikowałem u was...
- No właśnie - Zmysłowy Głos weszła mi w zdanie. - Chcielibyśmy, żeby pan powrócił na nasze łamy...
Gdyby nie ten Głos, odmówiłbym bezproblemowo, szybko i skutecznie. Ale tak, zacząłem się plątać:
- Akurat piszę powieść i nie mam niczego krótkiego...
- Wie pan co? - przerwała mi niecierpliwie; w tle trwała jakaś ożywiona dyskusja na pograniczu kłótni. - I tak wybieram się na kawę, do "Colaroli", to niedaleko od pana. Usiądziemy i spokojnie wyjaśnię panu co to za projekt. Bo my chcemy u pana tekst zamówić, nie wziąć coś gotowego. - I wykorzystując sekundę mojego wahania, dorzuciła:
- To za pół godziny.
Odkładając słuchawkę pewien byłem tylko jednego: miała Głos, którego nie powstydziłyby się Bene Gesserit.

II.
Czekała już na mnie. Na wypadek, gdybym miał kłopoty z rozpoznaniem, na stoliku leżał świeży numer "ReWizji Kultury" z ministrem Wytrzeszczem na okładce.
Urodą Zmysłowy Głos przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Burzy kruczoczarnych włosów towarzyszył cienki uśmiech na ustach, a z piwnych oczu biło żywą inteligencją, utajoną przenikliwością w typie "wiem więcej niż myślisz". Strzeż się, Beletański, pomyślałem, bo cię to stworzonko zje na śniadanie. Skojarzenie z "Diuną" okazało się prorocze. Choć z drugiej strony, złego diabli nie biorą, czego miałem się bać?
Redaktor Tomaszewska poczekała, aż zamówię sobie kawę i przystąpiła do frontalnego ataku:
- To co, mogę na pana liczyć? Krótki tekst, do dwudziestu stron, wchodzi pan do aktualnie składanego numeru...
Po co ja tu właściwie przyszedłem? Kelner poruszał się niczym nawiany zombie, choć pora była ledwie popołudniowa. Nigdy nie lubiłem tego pubu, było tu zbyt głośno, hałaśliwie i towarzystwo raczej kiepskie.
- No wie pani, moje teksty słabo korespondują z polityką... - wskazałem spojrzeniem okładkę pisma. Minister wciąż się uśmiechał. Złośliwi mówili, że fotograf musiał miesiąc polować na zdjęcie uśmiechniętego Wytrzeszcza.
Zmysłowy Głos aprobująco skinęła głową. Energicznym, ale mimowolnym ruchem odsunęła filiżankę z kawą. Poprawiła włosy, odgarniając ich część do tyłu, na ramiona.
- Nie tylko pańskie - powiedziała. - Radykalnie zmieniamy profil pisma, było też sporo ruchów personalnych. Pewnie pan nie wie, że Wielecki nie jest już naczelnym? No właśnie... - znacząco zawiesiła głos. - Więcej kultury, zero polityki, to nowa linia programowa, prawdziwa rewizja naszych koncepcji. Świetnie się składa, bo ten magiczny rok daje pretekst, żeby odświeżyć symbolikę cywilizacji atlantyckiej; namawiamy autorów, żeby włączyli ją w swoje teksty, pomogli nam odczytać na nowo dorobek kilku tysiącleci.
- To Atlantydzi też wchodzą w rachubę? - zażartowałem.
Zmysłowy Głos skrzywiła się z niesmakiem.
- No wie pan, nie wykluczamy niczego, niemniej jednak...
Moja nietknięta kawa stygła, a ja topniałem w oczach. W jej oczach. —licznie się irytowała. Głos na żywo brzmiał jeszcze bardziej zmysłowo i intrygująco.
- Spróbuję - obiecałem.
Taki Głos i oczy nie trafiają się często, a ja przecież wprost deklaruję swój cynizm. W myślach już rozgrywałem kampanię dzielenia się z redaktor Tomaszewską swymi rozlicznymi wątpliwościami względem tekstu, kryzysami twórczymi i całym tym rekwizytorium pisarza przez duże "P". Chociaż raz wiedza zdobyta na poetyckim ludku do czegoś mi się przyda.

III.
Poetycki ludek nie dawał mi o sobie zapomnieć, i jeszcze tego samego dnia wieczorem, akurat w chwili gdy robiłem sobie herbatę, ucieleśnił się w osobie Zbysia Waldeckiego. Pod pachą trzymał teczkę z płodami swej grafomanii. Akurat zaparzałem sobie herbatę owocową przed przystąpieniem do pisania. Ten to ma talent, wymyślałem w duchu, lustrując go przez judasza.
Zaraz w progu ostrzegłem go, że dostałem szybkie zamówienie na tekst i żadne pogaduchy o słowach pierwszych czy wyższości Rillkego nad Piprztukiewiczem nie wchodzą w grę. Zbysio sposępniał, zawahał się, po czym dramatycznym ruchem podał mi otwartą teczkę.
Nie mając wyjścia, rzuciłem okiem na podetknięte mi kartki. Plik w teczce był gruby jak naleśnik, pewnie ze sto nowych wierszy, ciasno upakowanych na kartce, w dwóch kolumnach komputerowego wydruku. "Twój głód / nasyca moje łono", przeczytałem początek pierwszego wiersza.
- Zbysiu, czy naprawdę nie stać cię na coś bardziej oryginalnego? - westchnąłem. Po raz kolejny utwierdziłem się w postanowieniu, by nigdy więcej nie splamić się wierszem.
Waldecki spojrzał na mnie frasobliwie.
- A co, zły jest?
Poddaję się, pomyślałem. Jedenaste: grafomanów unikać, drzwi nie otwierać.
- Dobra, Zbysiu, z Bogiem idź, i daj popracować. Jak przeczytam, zadzwonię - pod jego czujnym spojrzeniem wsunąłem teczkę z wierszami pod blat biurka w swoim pokoju (Zbysio wiedział, gdzie trzymam rzeczy do pilnej lektury, nie dało się go oszukać), wreszcie niemal wypchnąłem go za drzwi.
Herbata szczęśliwie nie uschła z samotności, dojrzała pod spodeczkiem; cięte jabłka, kiwi, porzeczki i pomarańczowa skórka wymieszane z hibiskusem nadały naparowi barwę krwiście czerwoną oraz słodko-kwaśny aromat. Siorbnąłem wrzątku i poniosłem go do pokoju.
Odświeżyć symbolikę cywilizacji atlantyckiej, to się tak pięknie mówi. W kręciołku tysiącleci każdy możliwy symbol został przemielony po wielekroć, zapomniany, odkryty na nowo i zreinterpretowany, po czym znów zapomniany. Krótko mówiąc, za Boga nie wiedziałem, jaki to symbol mam odświeżyć.
Od czego jednak magiczne pisarskie sztuczki? Nabrałem powietrza do płuc... a potem trzasnąłem splecionymi palcami, aż echo poszło. Nawyk niezdrowy, przyjaciele prorokowali mi ptasie szpony na starość; cóż, kiedy w połączeniu z owocową herbatką skutkował?
Autosugestia czy nie, szamanizm czy inny teleportal submatematyczno-magiczny, spłynęło na mnie oświecenie: tekst będzie o jednorożcu.
Zupełnie niewyeksploatowany symbol, prawda? Mnie jednak pomysły przychodzą w sposób dziwny i oryginalny: jako linie fabularne, konkretne sytuacje, z puentami i całą potrzebną resztą. Nic, tylko pisać, ubierać myśl w mięso zdań. Tak też było i tym razem. Mój jednorożec będzie latający, a okiełzna go niewinne dziewczę... które okaże się winne zbrodni plugawych i w swym okrucieństwie potwornych, a jednorożny wyjdzie na dudka skrzydlatego, bo patrząc na łono, pominie ważniejsze szczegóły kontraktu z dziewicą.
Nic nie mam do jednorożców, nawet je lubię. Ale o dobrym, łagodnym, uczciwym jednorożnym w stylu konika Pony napisano z tysiąc bajek i nakręcono ze sto filmów. To nudne. A głupi jednorożny, to coś nowego - przynajmniej dla pisma, które jeszcze niedawno grzebało politykom w legitymacjach partyjnych i rachunkach za wizyty w agencjach towarzyskich.
Oparłem dłonie na klawiaturze i czekałem na kolejny przejaw praktyk szamańskich, czyli pierwsze zdanie. Jak będzie pierwsze, popłyną następne.
"Wiggilku spokojnie pasł się na łące pełnej soczystej młodej trawy, gdy posłyszał szelest w gęstwie leszczynowych zarośli - spłynęło znikąd. - Zaniepokojony, rozpostarł skrzydła i zrobił pierwszy krok.... Wtem z zieleni wychynęło dziewczę w białej sukni, mające w oczach niewinność.
- Jestem Elea - rzekło, uśmiechając się słodko".
Krytycznie spojrzałem na te pierwsze zdania, zalatujące kiczem. Jako mięso się nada, ale trzeba będzie nieźle obstukać każde słówko.
Resztę wieczoru zajęło mi robienie notatek i wklepywanie przychodzących do głowy fragmentów, bo zawsze zanim skleję tekst w całość, zapisuję kształt poszczególnych scen, kluczowe zdania, intencje. Techniczna robota, bardzo ułatwiająca pisanie.

IV.
Rankiem przeżyłem szok i tragedię: tekst zniknął! Wszystkie inne pliki były nietknięte, a imć jednorog.doc poszedł się jabadać z diablimi. Poszukiwania na dysku nie dały efektu, równie dobrze mógłbym szukać złota w wapiennych kamieniołomach.
Jakoś sobie poradzę, dumałem, ostatecznie skleroza mnie jeszcze nie zżera i co wymyśliłem, to i pamiętam. A kilka kopii zapasowych załatwi sprawę.
Wcześniej jednak postanowiłem poprawić sobie humor.
- Redaktor Tomaszewska? Tak, to ja. - Prawie widziałem błysk w jej oku. Głos nadal miała zmysłowy, modulowany w niskie tonacje. I czytała w moich myślach, nie musiałem bredzić o twórczej niemocy ani podobnych idiotyzmach. - Wieczorem na kawie? Świetnie, będę na pewno, już się cieszę na to spotkanie...

Wieczór przeciągnął mi się w noc. Jednorożce mogły poczekać, Zmysłowy Głos, Anka - nie chciała. I ja też nie chciałem.
Wreszcie jednak przyszło się zabrać za robotę, po magicznych rytuałach zasiadłem do komputera i wstukałem historię Wiggadika i złej Elei, a przynajmniej to co pamiętałem. Skończyłem jakoś przed czwartą nad ranem, padnięty jak mops, ale za to podwójnie z siebie zadowolony.

Szlag, szlag, szlag! Włączywszy rano komputer, odkryłem, że jednorog.doc zwyczajnie i nieodwołalnie wyniósł się z mojego komputera! Albo ktoś mu w tym pomógł!!!
Tymczasem na czternastą obiecałem Ance brudnopis, bo strasznie była ciekawa, jak sobie poradziłem z tym jednorożcem! Mowy nie ma, żebym od zera wyprodukował w, spojrzałem na zegarek, trzy godziny kilkunastostronicowe opowiadanie.
Mimo to dzielnie stanąłem do tej straceńczej misji. Kawa, koniak, dziesięć pompek i do roboty.
O trzynastej pięćdziesiąt siedem miałem dziewięć stron tekstu, rewelacyjny wynik, tyle że opowiadanie w brudnopisie liczyło stron osiemnaście i pół, i za Boga nie chciało być krótsze w bieżącej wersji. Anka przyszła punktualnie. W jej bystrych oczętach ujrzałem zapowiedź własnej śmierci.
- No, co dobrego mi powiesz? - zerknęła w monitor. - Szlifujesz do ostatniej chwili, co? Pracuś z ciebie...
- No wiesz, Anuś, nie skończyłem, właściwie to mam mniej niż połowę... - beznadziejnie plątałem się w zeznaniach, unikając jej wzroku - ale sama zobacz, to będzie dobry tekst...
Głos jej stwardniał, lekko się podwyższył. Mniej emocji, więcej precyzji. Irytacja czy gniew?
- Słuchaj, i tak bym przyszła, nie musiałeś kłamać... - rzekła bezlitośnie. Pach, pach, pach - pluton egzekucyjny wykonywał krwawą robotę.
Próbowałem jej wyjaśnić, że tekst dwa razy zniknął mi z komputera, ale myślicie, że uwierzyła? Gdzież tam! Sam bym zresztą nie uwierzył. Musiałem użyć poważnej argumentacji, żeby zmyć z siebie hańbę.
W przerwach rozmyślałem nad sytuacją. Wyciągnięcie z szafy starej maszyny do pisania było planem A - rozpaczliwym. Plan B nosił cechy heroiczne, miała to być zasadzka na jakiegoś redakcyjnego złośliwca, który wolał stary profil "ReWizji Kultury".
Do maszyny nie wrócę, to chyba jasne?

V.
Planowałem zasadzić się około dwunastej, ale Anka zasnęła w moich objęciach dopiero po drugiej. Odczekałem jeszcze pół godzinki, wyplątałem się z pościeli i boso wyszedłem na przedpokój.
Pracując z papierem i książkami, człowiek nabiera specyficznej umiejętności rozróżniania na słuch, czy ktoś manipuluje papierem z kopią, zwykłym ciętym z ryzy, czy kartkami różnych formatów i grubości, zebranych w jeden plik. A przynajmniej ja potrafiłem. Ktoś przerzucał stos moich notatek, roboczych kopii i starych wersji stojących w specjalnym koszu obok biurka! Uśmiechając się złowieszczo, zrobiłem kilka cichuteńkich kroków w stronę swojego pokoju...
- Sprytny jest... - szeptał ktoś cienkim głosikiem. - Kurza, cwaniak jeden, na twardzielu kawałek dla zmylenia, a w papierach cały tekst pewnie... i dyskietki pochowane po szafach...
Energicznie otworzyłem drzwi... i osłupiałem.
Rewizję robiło mi nagie, hoże dziewczę w wieku nastoletnim, pochylone nad koszem z notatkami. Komputer był włączony, a blat biurka opanował jednorożec, jeśli białego konia, rogiem grzebiącego w teczce arcydzieł Zbysia Waldeckiego, można ochrzcić takim mianem. Na mój widok parsknął i jednym susem zasłonił dziewczę, kierując swego sterczaka we mnie.
Zadrżałem - bo co, jeśli zechce mnie przebić na wylot?
- No co się dziwisz? - obcesowo odezwało się dziewczę zza jednorożca. - Dziewicy z jednorożcem nie widziałeś?
Konflikt międzygatunkowy wisiał w powietrzu.
- Ale dlaczego skasowaliście moje opowiadanie? - spytałem, wyprowadzając rozmowę na mimo wszystko bezpieczniejsze tereny.
Dziewczę wzruszyło ramionami, przy okazji odsłaniając czubek kształtnej piersi.
- Też sobie wybrałeś temat... Daj ludziom zapomnieć o jednorożcach. Bo jeśli nie zapomną, będą ich szukać. Jeśli będą szukać, znajdą. Jeśli znajdą, zabiją dla rogów - nie uwierzą, że nie leczą one wszystkich chorób, póki nie sprawdzą. A dla nas to trochę za późno, prawda, Xxxinqui? - poklepała jednorożca po grzywie. - Zostało ich tylko kilka - dodała ze smutkiem. - Jeszcze parę lat, i naprawdę będziesz sobie mógł pisać do woli o jednorożcach, dwurożcach, stunogach i innych kurdebalansach.
No, to jest argument, pomyślałem.
- Wystarczyło powiedzieć, nie musieliście niczego kasować...
- A bo głupoty piszesz! - sarknął niespodziewanie jednorożec, wprawiając mnie w osłupienie. - Czy ta stopa ma pięć palców? - podetknął mi kopyto pod oczy. - Czy ja posługuję się telepatią, bo nie umiem normalnie mówić? ˝e już nie wspomnę, w jakim świetle mnie przedstawiasz!
- A umiesz telepatować? - postanowiłem zmienić kierunek rozmowy.
Xxxinqui parsknął szyderczo, nie trudząc się odpowiedzią.
- Nazywam się Dirrea - odezwało się dziewczę - ale mów mi Diri. Zrób nam obojgu przyjemność i nie pisz o jednorożcach, zgoda? O wszystkim, ale nie o jednorożcach. Stoi?
Leżało. Jak wytłumaczę Zmysłowemu Głosowi, że odeszła mi ochota na to opowiadanie że napiszę, owszem, ale o czymś innym?
Diri widać dostrzegła rozterkę malującą się na mojej twarzy, bo pocieszyła mnie szybko:
- Nie bój żaby, natchnienia ci nie braknie. No, Xxxinqui, spadamy - zręcznie wskoczyła na grzbiet zwierzęcia. - Dotrzymasz aby słowa? - upewniła się jeszcze.
- Ale odwiedźcie mnie kiedyś - poprosiłem. Jednorożec pokiwał rogiem, Diri uniosła dłoń w pozdrowieniu, po czym zniknęli.
A ja zostałem zdumiony, skołowany, pozbawiony tekstu. Rano będę musiał coś skręcić Ance, i to musi być inteligentne kłamstwo, nie jakiś przechodzony szwindel z bazaru...
Naraz mój wzrok padł na rozbebeszoną teczkę z wierszami Zbysia. Mówiłem wam, że pomysły przychodzą mi w wersji kompletnej?
Wymień "jednorożec" na "pegaz", wystukałem na klawiaturze. Bez potwierdzeń.
Nim stuknąłem w enter, usłyszałem za sobą Głos.
- Nie mógłbyś zostawić ich w spokoju? - Uśmiechała się niewinnie, a w jej piwnych toniach przeglądały się ekologiczne niepokoje, dałbym się jednak zabić, że podsłuchiwała od samego początku.
- A będziesz zamieszczać moje wiersze? - westchnąłem z udawaną rozpaczą.
- No to do rzeźni z pegazami - wyręczyła mnie w egzekucji, potwierdzając swą niewinność, dziewiczość i całą resztę cech przynależnych białogłowie.
Poezję uprawialiśmy do rana i, słowo honoru, nie na papierze.


Romuald Pawlak






Zagadkowy   Plotkarski   Przewrotny   Literacki   Tematyczny   Galeria   Redakcja