Strona główna
Spis treści






Czterdziestotrzyletniego Marka Oramusa wiele osób uważa za drugiego w Polsce po Stanisławie Lemie pisarza SF. Poza działalnością literacką jest szeroko znany jako dziennikarz i krytyk. On sam uważa się za moralistę, który w swoich powieściach i nowelach przedstawia przyszłość w postaci dość koszmarnej. Jednoznacznie ostrzega nas, że wybrana przez ludzkość droga rozwoju prowadzi do katastrofy, którą sami sobie przygotowujemy. Jego dość ponure dzieła łagodzi miejscami dionizyjskie podejście do życia. Jako redaktor jest przywiązany do Warszawy, ale na stałe mieszka 30 km od Krakowa, w dolinie Raby, w Myślenicach. W tym małym podgórskim miasteczku odszukałem go w czasie letniego urlopu.




- Co spowodowało twoje zainteresowanie SF?


- Już w dzieciństwie połykałem książki SF, ale oczywiście nawet nie przyśniło mi się, że kiedyś sam będę autorem tego typu prozy. Zacząłem od "Astronautów" Lema, jako kolejne czytałem książki najlepszych autorów SF. Gdy dorosłem, nie znalazłem w tych książkach tego, czego szukałem i dlatego zacząłem sam pisać.

- Najpierw skończyłeś energetykę atomową na Politechnice Śląskiej, chociaż zaraz po otrzymaniu dyplomu schowałeś go do szuflady. Dlaczego?

- Nie udało mi się polubić energetyki jądrowej. Fakt, że nie za bardzo się o to starałem, bo już na drugim roku wyraźniej widziałem zagrożenia, jakie powoduje, niż jej zalety - i krok po kroku przekonałem się, że energia atomowa jest zagrożeniem nr 1. Jednak studia skończyłem, bo nie lubię rzeczy nie dokończonych, ale od razu potem zostałem dziennikarzem. Właściwie zawsze przygotowywałem się do tego zawodu. Pomimo że od razu - w 1978 roku - ukończyłem pierwszą powieść, traktowałem to tylko jako hobby. Za to, że mój związek z fantastyką okazał się trwalszy, mogę podziękować generałowi Jaruzelskiemu.

- Generałowi Jaruzelskiemu?

- Po wprowadzeniu stanu wojennego za artykuły pisane w trakcie 15 miesięcy "Solidarności" dostałem zakaz wykonywania zawodu dziennikarza i miałem dużo więcej czasu na SF. Nie aż tak bardzo dużo więcej, bo musiałem jakoś zarabiać na siebie i rodzinę. W małym warsztacie odziedziczonym po ojcu, produkowałem narzędzia do malowania i zamiatania - szczotki i pędzle. W 1985 roku wyjechałem na pół roku do Paryża, ale nie przesiadywałem w kawiarniach dla artystów, tylko tapetowałem mieszkania, żeby zarobić walutę twardszą od złotego. Wróciłem do zawodu w 1990 roku. Byłem jednym z założycieli krakowskiego dziennika "Czas". Od 1991 roku jestem kierownikiem sekcji publicystycznej w miesięczniku "Nowa Fantastyka". Regularnie piszę felietony do "Życia Warszawy", którą to gazetę ze względu na tradycję i kierunek polityczny można porównać do waszej "Magyar Nemzeth".

- Wg krytyka, Macieja Chrzanowskiego, unikasz powszechnego u innych pisarzy tego gatunku, wielbicieli techniki, powierzchownego moralizowania i jednostronnego przedstawiania świata. To wszystko dotyczy już pierwszej książki pod tytułem "Senni zwycięzcy" . Jak dzisiaj oceniasz tę książkę?

- Najpierw przypominam sobie, że cztery lata musiałem czekać na jej wydanie. Prawdopodobnie liczono na to, że odechce mi się pisać, ale stosując jedno polskie powiedzenie: trafiła kosa na kamień. Z drugiej strony rozumiem dzisiaj, że ja też przechodziłem dziecięcą chorobę początkujących pisarzy - za jednym zamachem chciałem opowiedzieć wszystko o miłości, kontaktach międzyludzkich, hierarchiach społecznych i manipulacjach; dlatego miejscami jest w tej książce za dużo przemądrzalstwa i przedwczesnego, jednowymiarowego wyrokowania. Nie martwi mnie, że większość czytelników pamięta najlepiej "mówiące piwo". To jest specjalny gatunek piwa, z którym mogą spędzać samotne chwile bohaterowie tej powieści.

- W świadomość ogółu trwale zapadł przesąd, że SF jest literaturą rozrywkową...

- Nie ma wątpliwości, że część pisarzy SF chce tworzyć tylko literaturę rozrywkową, ale koryfeusze tego gatunku - w Polsce i na świecie - zawsze mieli do powiedzenia coś godnego uwagi. Często dużo więcej możemy dowiedzieć się od nich o teraźniejszości, znaleźć więcej krytyki społeczeństwa niż w literaturze o czasach teraźniejszych. Przede wszystkim dotyczy to tzw. tendencji socjologicznej, która u nas w Polsce była na fali w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych. Często czytelnicy SF dostawali od niej to, czego oczekiwali, a co przeoczył główny nurt literatury. Przede wszystkim myślę o książkach przedwcześnie zmarłego dziesięć lat temu Janusza Zajdla.

- Który nurt literatury SF jest Ci najbliższy?

- Nurt socjologiczny. Nie lubię bardzo dziś modnego nurtu fantasy, który dużo czerpie z mitów średniowiecznych, legend i bajek; za tę niechęć obrywam od młodych pisarzy, którzy uważają fantasy za literaturę swojej generacji. Nie bardzo rozumiem dlaczego. Prawdopodobnie chcą tylko kontestować tym wyborem przeciwko starej, tradycyjnej SF. Tak samo nie cierpię horroru, który żeruje na najniższych instynktach ludzkich. Jeżeli zależałoby to ode mnie, już jutro uwolniłbym ludzkość od takiej literatury.

- Napisałeś długie opowiadanie"Hieny cmentarne", które ma coś wspólnego z Węgrami. Pomysł powstał w 1983 roku, kiedy w Polsce wybuchła gorączka kostki Rubika.

- Ja sam kupiłem jeden egzemplarz tej zabawki-łamigłówki. Przez godzinę próbowałem znaleźć rozwiązanie i zacząłem myśleć o tym, co by się stało, gdyby różne konfiguracje kostki odpowiadały sytuacjom w realnym świecie i manipulując kostką można by spowodować zmiany w rzeczywistości. Opowiadanie zostało wydane w 1984 roku w miesięczniku "Fantastyka", ale niestety zmieniono oryginalny tytuł. W tym roku przypadało czterdziestolecie PRL i redaktor naczelny bał się, że taki tytuł rzuciłby cień na rocznicę i spowodował wrażenie profanacji przywódców państwa. Parę lat później, gdy wydawałem zbiór opowiadań, przywróciłem pierwotny tytuł...

- W jakim stopniu w Polsce jest znana węgierska literatura SF?

- Ostatnio nie słyszałem o tłumaczeniach węgierskiej SF. Myślę, że nie chcieli powtórzyć sytuacji, kiedy 17 polskich wydawnictw jednocześnie wydało fantastykę utopijną węgierskiego pisarza. Stało się to na początku naszego wieku, pisarz nazywał się Jokai Mor. Obecnie nawet jeśli chcielibyśmy coś wydać, to nie bardzo mamy co, bo węgierska SF też, jeśli się nie mylę, przechodzi kryzys.

- Nie mylisz się. świadczy o tym fakt, że nie tak dawno po cichutku przestała istnieć "Galaktika".

- Bardzo dotknęło to u nas pisarzy i fanów, bo była ona dla nas pewnym autorytetem. Najbardziej dotyczyło to lat siedemdziesiątych, kiedy nie mieliśmy jeszcze podobnego pisma i dlatego często tylko w "Galaktice" mogliśmy śledzić nowości literatury światowej. Egzemplarze przekazywało się z ręki do ręki i nawet jeśli nie rozumieliśmy po węgiersku, zachwycaliśmy się ilustracjami i szatą graficzną. Ze spisu treści dowiadywalisnmy się, na co zwacają uwagę nasi bracia Węgrzy.

- Czy możemy w najbliższym czasie spodziewać się następnej książki?

- Niedługo będzie wydana powieść "Święto śmiechu" . W skrócie, książka opowiada o tym, jak Pan Bóg deleguje na Ziemię Mesjasza, któremu siły Piekła starają się przeciwstawić ogniem i mieczem. Akcja toczy się w czasie stanu wojennego i chyba to przesądza, że nie mogę swoim czytelnikom obiecać miłych chwil podczas lektury.

- Na czym pracuje pisarz SF? Jakiś nowoczesny sprzęt, może specjalny dyktafon?

- Na razie nie używam nawet komputera. Mam jakąś prastarą maszynę do pisania i na niej piszę. Ale najchętniej, gdybym mógł, pisałbym gęsim piórem.





"Magyar Nemzeth", 9.IX.1995.
Rozmawiał: Laszlo Abran

Tłumaczyli: Laszlo Tokodi & Krystyna Chiger
Asystowali: kot Pafnucy i kot Hienryk







Strona główna