Spis treści





    Nikt nie czekał na mnie przy wyjściu z luku. Zwlekałem w nadziei, że ktoś się jednak pokaże czy odezwie, a jednocześnie pragnąłem uniknąć świadków mego sromotnego powrotu. Coś się we mnie obsunęło, zawaliło, zapadło, grzebiąc doszczętnie wielkie nadzieje, ekscytację, wręcz ochotę do życia. Czułem się jak lalka wypełniona popiołem: suchy, wypalony od środka. Kogo obchodzi los przynęty, co nie zdołała zwabić? Zwierz obwąchał mnie tylko i wzgardziwszy - odszedł.
      Odrzuciłem z ciężkim westchnieniem te wszystkie pasy, klamry, roje przewodów. Gramoląc się do wyjścia usiłowałem dociec, co mi dolega. W tym skafandrze byłem ja - i nie ja. Znałem doskonale wnętrze "polipa", a jednak konkretne przedmioty, kształt rękojeści, układy sygnalizatorów napełniały mnie zdumieniem. Zupełnie jakbym wcześniej nie miał z nimi do czynienia. Można tysiąc razy przechodzić po tym samym mostku, babrać ręce w tych samych zajęciach - i w pewnej chwili nie móc odnaleźć samego siebie w powtarzanych od lat sytuacjach, słowach czy gestach.
      Umieściłem skafander na wieszaku, drzwi do sąsiadującego z "szatnią" centrum sterowania lotem rakietek były uchylone. Zajrzałem. Żywej duszy. Jarzyły się ekrany, błyskały wskaźniki, ale nikogo to nie obchodziło. Na tarczy głównej widniał jeszcze tor lotu mojego "polipa": ostatnie okrążenie i powrót. A Lloney? Szukałem na ekranach - ani śladu. Drugi kanał zapisu - pusty. Sprawdziłem luki: oprócz mojego żaden od dawna nie był w użyciu. Nadal brakowało jednego pojazdu.
      Na korytarzu aż mną rzuciło do tyłu. Z gładzi ścian mało co się zachowało, zewsząd zwisały czarne chorągwie, girlandy kiru, szarfy jak z pogrzebowych wieńców. Stałem oniemiały, w głowie dzwoniło mi tylko jedno pytanie: skąd wzięli tyle czarnego płótna? Tak jakby to było w ogóle istotne. Po paru niepewnych krokach odważyłem się wyciągnąć rękę: sucha bibuła szeleściła w palcach.
      Dzwoniłem do kolejno napotkanych kabin i próbowałem drzwi wszędzie z jednakowym rezultatem. Piąte czy szóste z kolei wreszcie ustąpiły. Zaskoczony zatoczyłem się do środka, coś usiadło mi miękko na twarzy, złapałem w ciemności za spływający z sufitu luźny kawał materiału, który stawił krótki opór i został mi w ręku.Rozjaśniłem mrok, w garści trzymałem solidny całun z krepy; odrzuciłem go z obrzydzeniem. Zdążyłem się tylko obrócić - wisiał na swoim miejscu. Szarpnąłem. Tym razem opierał się zaciekle. Dopóki patrzyłem, nic się nie działo. Ledwo odwróciłem wzrok, zsunął się spod sufitu z cichym szelestem. Identyczną płachtę ściskałem w ręku. Odrzuciłem w kąt. Nowa zasłona, gdy po nią sięgnąłem, stężała jakby, gotowa walczyć do ostatka. Roześmiałem się i opuściłem rękę. Zbyt monotonna zabawa.
      To była moja kabina, tak jak ją zostawiłem - wyłączywszy ów całun. Rozglądając się wracałem do jakiej takiej równowagi. Innych zmian nie zauważyłem. Tylko nad tapczanem, tam gdzie umieściłem zdjęcia Nehemah, wisiało coś innego. Zerwałem arkusze i podniosłem do oczu; przeniesione na biały papier obrysy sylwetek były podzielone przerywanymi liniami na pola z numerkami w środku. Widziałem już kiedyś coś podobnego - na ilustrowanej instrukcji rozbierania półtuszy wieprzowych, wywieszonej w sklepie rzeźniczym.
      Przeglądałem kartki, niczego nie rozumiejąc. Siedziałem długo, z ociąganiem zbierałem się do wyjścia, jakby przestało mi zależeć na wyjaśnieniu zmian, które zaszły pod moją nieobecność. Wykąpałem się i ubrałem po ludzku: spodnie, sweter. Wygarnąłem na talerz zawartość puszki konserw, zjadłem, popiłem. Korytarz wyglądał dokładnie jak przedtem; nad drzwiami Chiefa Tenegi wisiały szczególnie obfite girlandy czarnego pierza. Strzygli nożyczkami i nizali na sznurek, czy co? Wizja załogi "Megahicle", pochylonej zgodnie nad robótką, rozbawiła mnie na pół minuty. Szedłem w stronę konferencyjnej, moje wykrzywione konterfekty pozdejmowano ze ścian i zastąpiono schematami dziwnych urządzeń. Biomechanizmy, osądziłem po namyśle. Na jednym zdołałem nawet zidentyfikować zgięte odnóże, rękę albo nogę, strzałki wskazywały kierunek ruchu szczudłowatych elementów, a ponumerowane odnośniki identyfikowały ważniejsze części.
      Wokół tablicy ogłoszeń, dobrze oplecionej pierzastym boa, migotały kolorowe lampki wielkości główki od szpilki. Wpięte w gęstwinę czarnych liści, rozbłyskujące to tu, to tam - sprawiały wrażenie dekoracji do groteskowego przedstawienia. Pięć rysunków, a właściwie bladych grafik różnego formatu bielało na zielonej płycie. Przedstawiały twarze, oddane techniką podobną trochę do fotograficznej polaryzacji. Po ciągłej kresce jednakowej grubości rozpoznałem autorstwo komputera. Ręka najbieglejszego nawet artysty nie potrafi naśladować pisaka plottera, wędrującego jak po sznurku.
      Same rysunki bynajmniej mną nie wstrząsnęły. Kiedyś wyobrażano sobie, że w ten sposób będą nas postrzegać sztuczne mózgi: jako mechanizmy, nie osobowości. Odebrałem je trochę, jak graficzne przedstawienie mechanizmu właśnie, mechanizmu twarzy. Osobliwe połączenie atlasu anatomii ze zdjęciem rentgenowskim i prospektem firmy produkującej cyborgi: na odarte ze skóry czerepy z widocznym dokładnie układem mięśni, nałożony był delikatny rysunek formacji kostnych. O ile dobrze pamiętałem odpowiednie tablice, nie wszystko się zgadzało. A więc cyborgi. Człowiek ulepszony. Wystawa ostatnich osiągnięć myśli racjonalizatorskiej inżynierów ludzkiej głowy.
      Dojrzałem napis PIONIERZY KOSMICZNEGO KONTAKTU, wybity na pasku folii za pomocą kieszonkowej drukarki. Nie rzucał się w oczy, bo folia miała ten sam kolor, co tablica. Pod rysunkami podpisy: nazwiska, jakieś liczby. Tenega - 550. Glaser - 300, Sarroz - 250, Coellan i Nehemah - po 100. Odpowiednio do liczb zmniejszał się format kartoników i zmieniała ich pozycja na planszy. Rodzaj gry? Ostatnie notowania brydżowe? Galeria przodowników pracy w dekorowaniu "Megahicle" na czarno? Dodałem liczby i wzruszyłem ramionami. W każdym razie nie były to promile.
      Sala konferencyjna nie odbiegała wyglądem od korytarza. Nareszcie zobaczyłem ludzi: w pokrytych czarną materią fotelach drzemały zakapturzone postacie. Na odgłos otwieranych drzwi obróciły się wszystkie twarze.Rozpoznałem je z trudem. W oczach dziewczyn zauważyłem blask ożywienia, sympatii, może nadziei - i obawy. Mężczyźni, z Chiefem Tenegą na czele, powitali mnie spojrzeniami twardyzni, pozbawionymi życzliwości. Jak gdyby moje pojawienie psuło część sekretnego planu, który ułożyli i któremu ich zdaniem - właśnie z mojej strony groziło największe niebezpieczeństwo.
      Chief Tenega siedział na podwyższeniu, którego tu wcześniej nie było. Za nim, na ścianie, rozpościerał się czarny kwadrat płótna bez żadnych znaków - od sufitu aż do podłogi.
      - Panie komandorze, inżynier pokładowy Nyad melduje powrót z lotu rekonesansowego.
      - Spocznij, Nyad. Siadajcie. Ale najpierw przebierzcie się. Wystarczy, jeśli narzucicie przepisowy strój. Pospieszcie się.
      Nehemah wyciągnęła w moją stronę bury kłąb szmat; machinalnie odebrałem go od niej. Trzymałem szmaty w rękach i patrzyłem na Chiefa Tenegę.
      - Przepisowy? - spytałem. - Chyba według przepisów żeglugi śródlądowej w Zimbabwe.
      - Nie dyskutujcie, Nyad. Róbcie, co mówię.
      - Chwileczkę, panie komandorze. Sądzę, że należy mi się przynajmniej parę zdań wyjaśnienia. Co to za maskarada? - pokazałem ręką ściany i osoby. - Co to wszystko znaczy?
      - W trakcie waszej nieobecności na statku nawiązaliśmy kontakt z cywilizacją pozaziemską. Właśnie zgłębiamy podstawowe zasady nauki braci w rozumie, przygotowując się duchowo do wizyty, która ma nastąpić jutro. Chcemy podjąć gości jak najdostojniej. Miło mi, że zwróciliście uwagę na odświętne dekoracje pomieszczeń.
      - Ale dlaczego na czarno?
      - Czerń - święty kolor. Barwy klubowe boga Bandaraala...
      - ...który jest wszędzie i nigdzie - zaszemrały głosy.
      - Czarny to kolor żałoby - przypomniałem. - Tak było zawsze i tak pozostanie. Nie wydaje się panu niestosowne zdobienie statku na czarno w takim momencie? Po śmierci Lloneya można to odbierać dwuznacznie.
      - A kto wam powiedział, że Lloney nie żyje?
      - Przecież... - zamarłem z otwartą gębą.
      - Lloney przybędzie jutro wraz z naszymi gośćmi. No, jak długo mamy czekać?
      - A Hortiz? Gdzie się podział?
      - Lepiej nie wspominajcie publicznie imienia tego uzurpatora. Został zamknięty w anabiozerze. Kiedy wrócimy na Ziemię, odpowie przed sądem za próbę buntu i sabotażu. Nie był w stanie docenić rozmiarów szczęścia, jakie nas spotkało, więc dla dobra załogi i wzajemnych stosunków z braćmi w rozumie musieliśmy go izolować. Wkładajcie strój i zajmujcie miejsce. Macie sporo do nadrobienia.
      Spojrzałem na kłąb szmat i odłożyłem go na najbliższe krzesło.
      - Nie włożę tego.
      - Coście powiedzieli?
      - Nie będę robił z siebie błazna.
      Glaser już wcześniej przysunął się w moją stronę, jakby zamierzał wyjść z sali i chciał mnie obejść, ale zatrzymał się ciekaw zakończenia sceny. Chief Tenega musiał dać mu sygnał, który umknął mej uwagi. Spomiędzy fałd kostiumu wysunęła się ręka Glasera z białawym przedmiotem, nie zdołałem porządnie dojrzeć, co to było, cofnąłem się tylko, żeby sparować cios i w tej samej chwili mym barkiem targnął nieziemski ból, jakby wyrywano mi rękę ze stawu. Sufit znalazł się bardzo nisko nade mną i powoli odpłynął.
      - ...ostrzegałem was - mówił głos Chiefa Tenegi. Pochylały się nade mną twarze w mnisich kapturach: Jakieś ręce uniosły mnie, a inne zaczęły naciągać ciemny habit. Słyszałem szelest materiału, obraz otoczenia falował mi przed oczami, do uszu docierały jedynie strzępki słów. Aj! - wrzasnąłem, zbyt mocny chwyt na nowo pobudził ból w karku. Podniesiono mnie, posadzono na jednym z foteli, czyjaś ręka zdecydowanym ruchem zarzuciła mi kaptur na głowę.
      - Kolego Glaser - Chief Tenega wskazał mnie ruchem brody. Glaser przysunął się bliżej. Starając się nie sygnalizować ciosu, wyrżnąłem go zdrową ręką w szczękę. Tyle tylko zdołałem zauważyć, że śmieszny kaptur spadł. mu z głowy, a on sam poleciał w tył. Zdążył jednak wysunąć rękę z piekielną bronią - był widać przygotowany na atak. Po mojej prawej nodze przejechał czołg. Nic więcej nie zapamiętałem.


Fragment powieści "Arsenał", rozdział XII - str. 129-133




Strona główna