Strona główna






z Markiem Oramusem rozmawia Pavla Sekyrova

Pavla Sekyrova: - Wiem, że w zeszłym roku odwiedził pan Czechosłowację po raz pierwszy. Spytam więc: czy widzi pan jakieś różnice między wyznawcami literatury SF tutaj i w Polsce?

Marek Oramus: - W listopadzie 1988 zostałem zaproszony do Pragi na MINICON i po raz pierwszy mogłem zobaczyć czeskich fanów w akcji na własnym terenie. Uczestniczyłem w giełdzie wydawnictw, obejrzałem wystawę plastyczną, liznąłem życia towarzyskiego... wszystko to przypomniało mi polski ruch SF sprzed ponad dziesięciu lat, w który byłem zaangażowany od samego początku. Na MINICONIE, a potem na BILCONIE widziałem, że ludzie zbierają się dla samej radości bycia we własnym gronie, dla porozmawiania o tym, co ich interesuje. Jak zwykle na początku jest mnóstwo entuzjazmu i bezinteresowności, które polski ruch dawno utracił. U nas tego typu działania mocno się sprofesjonalizowały, ludzie, z którymi kiedyś zaczynałem w Ogólnopolskim Klubie Miłośników Fantastyki i Science Fiction są dziś redaktorami wydawnictw, pracują w "Fantastyce", stali się tłumaczami albo krytykami. Ja sam przecież, marnie bo marnie, ale żyję z tej literatury. Chyba podobnie będzie i u was, chociaż życzę wam byście nie powtórzyli dokładnie naszej drogi. Popełniliśmy jako ruch za dużo błędów, których można było uniknąć. W połowie i pod koniec lat siedemdziesiątych grunt pod fantastykę w Polsce był jeszcze za słabo przygotowany, urzędnicy od kultury patrzyli na nas jak na dziwaków, którzy nie wiadomo czego właściwie chcą i po co. Zakłócaliśmy im miłe urzędnicze ciepełko i dlatego traktowali nas jak natrętów.
Niektórzy z naszych fanów zbyt szybko chcieli zrobić na miłości do fantastyki kariery osobiste, inni chcieli tylko bez umiaru wydawać, nieważne jakie książki, byle opatrzone stemplem SF. Doprowadziło to do chaosu na rynku i rozmycia kryteriów, a w rezultacie jak bumerang uderzyło w autorów i czytelników tej literatury. Wy macie sytuację i łatwiejszą, i trudniejszą. Łatwiejszą - bo wasz rynek księgarski jest pod pewnymi względami zdrowszy, bardziej unormowany; nadto do tego czasu SF zdobyła na dobre naszą część Europy, macie filmy, projekcje wideo... Szybciej dochodzicie do własnego pisma poświęconego tej literaturze (w listopadzie 1989 ukazał się pierwszy numer kwartalnika SF - "Svet Fantastiky"- przyp. red.) - u nas była to prawdziwa droga przez mękę, sam uczestniczyłem w co najmniej kilku nieudanych próbach powołania "Fantastyki".Trudności natomiast biorą się stąd, że dziesięć lat temu podstawowym medium, na którym koncentrowały się zainteresowania fanów, była książka, powieść, opowiadanie. Teraz literatura musi rywalizować z filmem na kasecie, z komiksem, z grą fantastyczną - i nie zawsze z tej konfrontacji wychodzi zwycięsko.

- Za fantastykę można dziś uznać wszystko: powieść o lądowaniu na Marsie, o tym, jak duchy straszą w starym zamczysku, o magicznym mieczu albo o latających smokach. Jakie jest pańskie rozumienie fantastyki?

- Jeśli chodzi o tematykę, fantastyka istotnie nie zna ograniczeń. Jest to jej siłą, ale i zagrożeniem. W poszukiwaniu pełni artystycznej, autorzy utworów tego typu posługują się aniołami, korzystają z magii czarnej i białej albo każą lądować na Ziemi rozumnym termosom. Cechą większości utworów fantastyczno-naukowych jest bardzo niska sprawność: z mnożenia pozornie wymyślnych rekwizytów niewiele wynika. Ja staram się widzieć fantastykę w zwykłych rzeczach, ludziach czy zdarzeniach, wystarczy odrobinę zmienić spojrzenie, by dostrzec cuda wokół siebie. Podobno gdyby stałe fizyczne zmieniły się o kilka procent, życie by nigdy nie powstało. A jednak narodził się tu fenomen życia, wyjątkowy w znanym nam Wszechświecie, możemy się nim cieszyć, możemy zeń korzystać, jesteśmy jego częścią. Czy to nie fantastyczne? Problem polega na tym, by tę cudowność i fantastyczność przełożyć na formę powieści czy opowiadania.
Dlatego fantastyka interesuje mnie bardziej jako metoda literacka. Wyjaśnię to na przykładzie. Mieszkam w domu otoczonym sadem; do moich obowiązków należy między innymi zbiór owoców. Przypuśćmy, że jest koniec czerwca albo początek lipca i akurat siedzę na czereśni. Realizm opisałby to tak: pewien obywatel (dysydent?) trzęsąc się ze strachu rwie czereśnie do koszyka. Realizm socjalistyczny (socrealizm) dodałby, że należę do spółdzielni "Wspólny plon" i przekraczam plan dzienny o 20 procent. Jako fantasta widzę tę sprawę inaczej. Drzewo jest wysokie, ja ważę prawie sto kilo, moment nieuwagi - skręcony.kark. Ale gdy siedzę w gałęziach, wyobrażam sobie drzewo jako istotę wrażliwą i obdarzoną świadomością. Istot takich nie niszczy się, nie łamie się im gałęzi. Staram się więc obchodzić z drzewem ostrożnie. I dalej wyobrażam sobie, że wytwarza się między nami nić sympatii, lubimy się po prostu, ja i drzewo. Kto zbiera owoce, wie dobrze, ile jest okazji, by spaść. Ale drzewo w takich chwilach jest po mojej stronie, cienka gałąź pod stopą trzyma się dopóki nie znajdę pewniejszego oparcia. W ten oto sposób drzewo "odwdzięcza" mi się: czuwa nade mną i nie pozwala, bym poniósł szwank.
Który z tych opisów jest bliższy prawdy? Na pierwszy rzut oka realistyczny, bo przecież nauka odmawia świadomości drzewom. Ja wolę opis fantastyczny, który ukazuje nieznane aspekty pozornie dobrze znanego świata, a poza tym jest ciekawszy, bardziej frapujący artystycznie.

- Czy jednak gatunek literacki, który zajmuje się takimi sprawami i posługuje takimi chwytami, może powiedzieć coś istotnego o problemach naszego świata? Innymi słowy czy można uznać fantastykę za poważną literaturę?

- To zależy od tego, jak się ją traktuje i czego się od niej oczekuje. Pisarze - nie wszyscy na szczęście - przyzwyczaili się traktować fantastykę jako coś zupełnie luźno związanego z rzeczywistością, czytelnicy na ogół szukają w niej niskiej rozrywki i ucieczki od codzienności. Tymczasem spójrzmy: najdalej za pół wieku przeludnienie stanie się podstawowym problemem ludzkości. Fantastyka od lat uznaje tę kwestię za swój żelazny temat. Zanim ktokolwiek wpadł na pomysł, że trzeba chronić zasoby przyrody, fantastyka ekologiczna przerabiała to zagadnienie. Mówi się dużo o zagrożeniach, jakie niesie eksperymentowanie na genach - od czasu "Wyspy doktora Moreau" Wellsa fantastyka uraczyła nas setkami wizji na ten temat. Takie zestawienia można by ciągnąć bez końca.
Z drugiej strony na terenie gatunku znajdujemy kompletnie zdawałoby się oderwane od ziemi rozważania, na przykład o lądowaniu kosmitów w Nowym Jorku, o życiu pozagrobowym itd. Jeśli jednak kosmici wylądują kiedyś na naszej planecie, co jest bardzo mało prawdopodobne, lecz nie niemożliwe, fantaści będą jedynymi ludźmi, którzy unikną szoku. Podobnie z życiem pozagrobowym: prace Raymonda Moody'ego czy Iana Wilsona każą poważnie wątpić, czy na śmierci kończy się żywot człowieka. Krótko mówiąc, fantastyka przypomina mi mutację "nadmiarową", która w danych warunkach wydaje się zbędnym luksusem, ale po nagłej zmianie tych warunków gwarantuje przetrwanie mutantów i całego gatunku.
Wniosek stąd taki, że fantastyka bierze się za bary z podstawowymi problemami współczesnego świata, a jednocześnie próbuje uprzedzać to, co się może jeszcze zdarzyć. Jak powiedział jeden z klasyków SF, Isaac Asimov, jest to literatura zmiany; zmiana jest jej głównym założeniem i tematem. Jeżeli jest uprawiana na wysokim poziomie artystycznym i naukowym, w dzisiejszym szybko zmieniającym się świecie fantastyka może stanowić wsparcie dla każdego człowieka nie uznającego dogmatów w myśleniu.

- Pański świat SF nie bywa wcale najweselszy...

- Bo sytuacja ludzkości nie jest najweselsza. My tu sobie rozmawiamy, a w Afryce środkowej kłusownicy być może likwidują ostatnie trzysta sztuk czarnych nosorożców. Zagrożone jest istnienie słonia, wieloryba, tygrysa... Jak tak dalej pójdzie, dzieci naszych dzieci nie będą rozumiały bajeczek, na których my się chowaliśmy, bo nazwy zwierząt staną się dla nich całkowicie abstrakcyjne. Jeśli człowiek nie opamięta się w porę, to zostanie w XXI wieku na Ziemi sam, w towarzystwie psów, szczurów, karaluchów, much, może jeszcze wron. Uważam, że obecnie na naszej planecie żyje graniczna liczba ludzi, po której przekroczeniu wszelkie zmiany ekologiczne staną się nieodwracalne. Są już pierwsze symptomy. Dziura ozonowa nad Antarktydą sięga już wybrzeży Australii, od razu wzrosła tam ilość zachorowań na raka skóry, choroby oczu itp. Obserwujemy pierwsze oznaki zmian na skalę planetarną także i u nas, bo czymże innym jest ocieplenie klimatu i brak zim, jak nie konsekwencją efektu cieplarnianego?
Zmianom ekologicznym będą towarzyszyć zmiany socjologiczne i polityczne. Obawiam się, że dojdzie do nowych konfliktów regionalnych o dużym zasięgu, do indywidualnych i zbiorowych tragedii. Po prostu w miarę przybywania ludności warunki życia staną się coraz trudniejsze przy stałych albo nawet zmniejszonych zasobach Ziemi. Zaostrzy się rywalizacja o przetrwanie i pogłębią nierówności między ludźmi, nasili się przestępczość zorganizowana i pospolita. Dojdzie do zapoczątkowanej już dziś migracji ludności z Południa do bogatych krajów Północy -ale w przyszłości będą to naprawdę tłumy. Spowoduje to stawianie barier imigracyjnych i przejęcie władzy przez nacjonalistów pokroju Le Pena, tylko bardziej radykalnych. Tego typu zagadnieniami zajmuje się socjologiczna odmiana SF, którą ja staram się uprawiać. Ponieważ chcę, by moje pisanie wykazywało związek z rzeczywistością, przeto nie mogę udawać, że nie obchodzi mnie ani nie dotyczy zagrażająca światu apokalipsa. Należy czynić, co w mocy, by do katastrofy nie doszło, i tak pojmuję swoją rolę: ostrzegać, nawoływać do opamiętania poprzez ukazywanie dalekosiężnych konsekwencji naszych obecnych działań. Czasem czytelnicy pytają: dlaczego piszecie o takich strasznych rzeczach? Czemu chcecie nas straszyć? Odpowiadam wtedy, że lepiej bać się na niby niż na serio. Jeśli mroczne wizje przyszłości sprawią, że bieg spraw zostanie odwrócony, to moim zdaniem taka transakcja naprawdę się opłaca.

- Czy jednak nie lepiej zostawić ludziom trochę optymizmu?

- Jeśli lekarz przychodzi do pacjenta chorego na raka, to może mu oznajmić prawdę o jego stanie - albo ją przed nim zataić. Jestem przeciwnikiem tej drugiej metody. Mam wrażenie, że żyjemy w epoce powołującej do życia demony, z którymi na próżno będą się zmagać nasze późne wnuki. Optymizm jest nie na miejscu, kiedy chce się mówić, że istnienie życia na trzeciej planecie pewnego systemu gwiezdnego jest zagrożone. A trzeba tak mówić, chcąc pokazać, do czego może doprowadzić nasza dzisiejsza krótkowzroczność. Moim zdaniem optymizm wynika z niefrasobliwości i głupoty; u podstaw myślenia autentycznie zaangażowanego w poprawę świata stało zawsze niezadowolenie z tego co jest, a zwłaszcza z tego na co się zanosi - czyli pesymizm. W tym sensie uznaję go za postawę naprawdę twórczą. Poza tym optymizm był tyle razy urzędowo nadużywany, że zyskał konotację pejoratywną. W Polsce mówi się: tani optymizm. O pesymizmie ludzie wyrażają się z większym szacunkiem.
Nie chcę przez to powiedzieć, że literatura ma ludziom odbierać nadzieję. Ma ją dawać - ale nie za wszelką cenę, i nie nadzieję bez pokrycia.

- Co się panu w SF najbardziej udało?

- Do mojej pierwszej powieści "Senni zwycięzcy" wymyśliłem mówiące piwo. Dzięki temu wynalazkowi goście w knapie nie czują się samotnie, kto ma ochotę, może z piwem flirtować albo toczyć długie dyskusje na wysokim poziomie intelektualnym i fachowym. I zdaje mi się, że czytelnicy zapomnieli, o czym jest cała powieść, a zachowali w pamięci szczegół: mówiące piwo.

- A co najmniej albo w ogóle nie?

- Wszystko inne.

- Plany na przyszłość?

- Szukam wydawcy dla mojego drugiego tomu krytycznego o literaturze SF, "Matka paranoja". To jest prawie gotowe. W trakcie pisania znajduje się powieść o opanowaniu reinkarnacji przez mafię. Karkołomne zadanie: połowa akcji dzieje się w niebie. Kiedyś, w dalszej przyszłości, chciałbym opracować "Przewodnik po piwach i browarach polskich". Mam po temu wszelkie niezbędne kwalifikacje.


"Fantastyka" nr. 5-4/1990, str. 60-61







Powrót do strony głównej