Strona główna





Szef działu publicystycznego "Fantastyki", felietonista i recenzent, pisarz i pierwszy piwosz fandomu, Marek Oramus, odpowiada na pytania Krzysztofa Kurczyny.







- Jesteś jednocześnie znanym pisarzem "Senni zwycięzcy" ; "Arsenał" ; "Hieny cmentarne" i krytykiem SF, autorem głośnego tomu esejów "Wyposażenie osobiste " . Byłeś jednym ze współorganizatorów polskiego fandomu, współpracujesz z "Nową Fantastyką" i "Fenixem". Twoje teksty znaleźć można w "Czasie" i "Spotkaniach". To portret oficjalny i oczywiście skrótowy, ale ja chciałbym usłyszeć, jak zaczął się Twój flirt z fantastyką?

- Po prostu zacząłem czytać science fiction. Pierwsza książka, która wpadła mi w ręce jeszcze w szkole podstawowej nosiła tytuł "Astronauci". Najpierw byłem więc szeregowym czytelnikiem, potem autorem, wreszcie i krytykiem, podchodzącym do literatury SF różnymi metodami i z różnych pozycji. Z czasem doszedłem do wniosku, że nie znajduję w fantastyce tego, czego szukam, no i zacząłem sam pisać. To symptomatyczne, bo zawsze wyobrażałem sobie, że chcę być tylko dziennikarzem. Jednakże, gdy po stanie wojennym znalazłem się z wilczym biletem na bruku, siłą rzeczy zwróciłem się ku fantastyce. W tym sensie powinienem być wdzięczny generałowi Jaruzelskiemu, bo przyśpieszył moją decyzję.

- Krytycy i czytelnicy stawiają Cię często na trzecim miejscu w historii powojennej polskiej fantastyki, po Lemie i Zajdlu, czasem w tym plebiscycie wyprzedza Cię np. Snerg-Wiśniewski. Gdzie zatem widzisz swoje miejsce, swą "niszę ekologiczną" we współczesnej literaturze SF nad Wisłą?

- Hm, nie sądzę, aby takie klasyfikacje miały większy sens. Prawdziwy pisarz mierzy się z samym Panem Bogiem, a nie z kolegami po fachu. Gdy rozezna się już we własnych możliwościach, usiłuje bić swe rekordy życiowe - w tym sensie rywalizuję sam ze sobą, ze swoimi najlepszymi kawałkami. Stara czołówka polskiej SF rozpadła się, Lem zamilkł, Zajdel zmarł, a Żwikiewicz, Snerg-Wiśniewski i Wnuk-Lipiński zajęli się czym innym. Z młodych doszlusował jedynie Ziemkiewicz.

- Jest jeszcze Sapkowski , ale fantasy to odrębna historia. Padło tu nazwisko Lema. Znasz go osobiście, odwiedzasz, dyskutujesz z nim, pisujesz recenzje jego książek Przygotowałeś numer specjalny "Fantastyki" poświęcony jego pisarstwu. Autor "Solaris" tymczasem wyraża się zgryźliwie o dorobku polskiej SF, nie oszczędza także miesięcznika "Fantastyka".

- Wypowiadał się źle również o niektórych moich utworach. Lem ma usposobienie mizantropa, szczególnie teraz, na starość, nie znosi fantastyki typu amerykańskiego, nie podobali mu się np. "Senni zwycięzcy".

- Ejże, przecież w tej znakomitej, moim zdaniem, powieści jest spory ładunek refleksji socjologicznej i filozoficznej, to nie jest wyłącznie utwór akcji w stylu Peteckiego czy Sawaszkiewicza.

- Dzisiaj trochę inaczej odbieram tę książkę. Nie jest to filozofia najwyższych lotów, choć pewnie na potrzeby tej powieści wystarcza.

- Czyżbyś był - wzorem Lema - niezadowolony ze swych pierwszych utworów?

- Czytanie własnych książek jest zajęciem nużącym. Mam oczywiście wrażenie, że literacko rozwinąłem się od debiutu i uzyskałem obecnie taki poziom umiejętności warsztatowych, że mógłbym porwać się na rzeczy poważne, kierując się nie tylko intuicją. Co do Lema... odbieram go osobno jako człowieka i osobno jako pisarza. Gdy go zobaczyłem pierwszy raz, przeżyłem pewne zaskoczenie. Jego książki są dosyć ponure, zwłaszcza te najnowsze, tymczasem zobaczyłem faceta pogodnego, skłonnego do żartów, złośliwego, sypiącego anegdotami, aluzjami i bonmotami. Wielce mi to przypadło do gustu. W beletrystyce Lema panuje albo śmiertelna powaga, albo groteska i wisielczy humor. W kontaktach towarzyskich Stanisław Lem nie daje poznać po sobie, że jego ogląd świata jest taki mroczny. To urodzony pesymista, co wychodzi szybko na jaw, gdy zahaczy się go o los świata, przyszłość ludzkości, uboczne skutki rozwoju itd.

- Jak oceniasz z perspektywy lat swoją pracę redakcyjną w "Fantastyce"?

- Nie pracowałem etatowo w "Fantastyce" do momentu, gdy w kwietniu 1990 roku Lech Jęczmyk złożył mi taką propozycję. Od września 1990 roku jestem tam szefem działu publicystyki, podlegają mi krytyka, nauka i film. Takie pismo było niezbędne dla dalszego rozwoju gatunku w Polsce, pomogło również w rozwoju rodzimej krytyki SF. Myślę, że obie te funkcje - lepiej czy gorzej - spełniło. Zacząłem pisać do "Fantastyki" dość późno, bo po stanie wojennym zdawało mi się, że należy się odciąć, nie brać udziału, nie publikować. Taki prywatny bojkot. Nie wszedłem do redakcji "Fantastyki" z powodu zakazu zatrudniania mnie w prasie, poza tym wysoki ówczesny funkcjonariusz redakcji, mój były kolega, miał powiedzieć: "Oramusa nie bierzemy pod uwagę, to element niepewny". Dopiero po odejściu z redakcji Wójcika i Markowskiego zdecydowałem się odpowiedzieć na apele Parowskiego, żeby coś dla "Fantastyki" napisać. Pismo spełniało dobrze rolę promocyjną wobec SF, można tam było debiutować. Był taki okres, kiedy konkurencja już rozpoczęła dynamiczną działalność, a redakcja nie potrafiła jakoś otrząsnąć się z inercji i rutyny spowodowanej pozycją monopolisty. "Fenix" wpłynął korzystnie na korektę koncepcji czasopisma.

- Brałeś udział w organizowaniu klubowego ruchu miłośników SF. Jakie wspomnienia wyniosłeś z tego pionierskiego okresu?

- Wchodziłem w to środowisko, bo chciałem poznać ludzi, którzy podobnie myślą, których fascynuje fantastyka naukowa. Były to rzeczywiście początki, rok 1975 czy 1976, rozpoczynał działalność klub fantastyki w Warszawie na Starym Mieście. Trafiłem na kompletny chaos. Wyobrażałem sobie naiwnie, że od początku będziemy robić jakieś pismo, będą spotkania redakcyjne, autorskie. Potem pojawił się Andrzej Wójcik i nadał temu chaosowi ramy organizacyjne. Próbowaliśmy stworzyć periodyk, który od początku miał się nazywać "Fantastyka". Uczestniczyłem chyba w sześciu próbach powołania do życia tego pisma. Na początku roku 1980 dał się zauważyć pewien kryzys, który moim zdaniem wziął się z tego, że Wójcik, Krzepkowski i paru innych zaczęli wykorzystywać ruch klubowy do własnych interesów. Wójcik zakotwiczył się w KAW-ie i zajął się edycją serii z dżdżownicą. Nie miała ona oczywiście nic wspólnego z ruchem fanowskim, choć Wójcik powoływał się na taki rodowód. W kwietniu czy maju 1980 roku pojawiła się grupa Szatkowskiego, która próbowała robić "SFerę", trochę ich wspomagałem, chociaż była to konkurencja. Tak to mniej więcej wyglądało.

- Masz wykształcenie techniczne. Dla pisma SF to czynnik ułatwiający jakoś pracę twórczą ?

- Myślę, że to dosyć ważna sprawa. Studiowałem na kiepskiej uczelni i z moich wykładowców pamiętam może dwóch. Co mi te studia dały? Znam się trochę na podstawach techniki, a jeżeli czegoś nie wiem, to wiem przynajmniej, gdzie szukać. Oczywiście, technika stale się zmienia, trzeba zatem się dokształcać. Dzięki znajomości podstaw i reguł techniki moje literackie światy są prawdziwsze, bardziej sugestywne. Jestem zwolennikiem tezy Janusza Zajdla, że inżynier może uzupełnić swe braki humanistyczne, lecz w drugą stronę jest to o wiele trudniejsze.

- To właśnie obsesja Lema, problem nadążania za rozwojem nauk ścisłych. Mistrz narzeka, że polscy pisarze, nie tylko związani z fantastyką, mają na ogół niewielkie pojęcie o technice i przyrodoznawstwie.

- Nie kontroluję całokształtu wiedzy z kilkunastu dyscyplin, jak np. Lem, ale gdy widzę u siebie luki informacyjne, staram się je załatać. Chcę w swej nowej powieści pokazać scenę operacji, więc jako dziennikarz poszedłem do pewnego profesora, zrobiłem z nim wywiad i przy okazji zwiedziłem klinikę. Zobaczyłem wreszcie na własne oczy, na szczęście nie z pozycji pacjenta, co to jest ultrasonografia czy laparoskopia, oraz jak wygląda np. nóż laserowy i tomograf. Nieznajomość techniki jest pewnie nieco kłopotliwa dla autorów SF, będących z wykształcenia humanistami. Nadrabiają to inaczej - talentem literackim, erudycją, stylem.

- Lem w rozmowach z Beresiem ujawnił fakt zastanawiający: nie wiedział częstokroć w trakcie pisarskiej roboty, jak potoczy się akcja i jak to wpłynie na koncepcję i strukturę kompozycyjną książki. Jako przykłady podawał "Solaris" i "Wizję lokalną". Czy miewasz podobne problemy?

- Są dwie metody tworzenia powieści. Jedne utwory piszą się jakby same - porównać to można do jazdy pociągiem, w którym pasażer obserwuje przez okno pojawiające się pejzaże. Powstaje wówczas mnóstwo niekonsekwencji, ale przecież niekonsekwentne jest samo życie... a wielu czytelników i krytyków domaga się, aby literatura naśladowała życie. Są i takie powieści, które pisze się metodycznie, według starannie przygotowanego planu. Jestem raczej zwolennikiem pierwszej metody, ale oczywiście mam jakiś wstępny projekt, konspekt. Nie potrafię pisać, jeśli nie wiem od początku, do czego zmierzam. Muszę mieć całościową wizję, ale nie musi być ona konkretna. Myślę zresztą, że Lem mówi o tym trochę kokieteryjnie.



Następna strona
Strona główna