Strona główna
Poprzednia strona






- Opublikowałeś niegdyś w "Fantastyce" kontrowersyjny esej "Siedem grzechów głównych polskiej SF" . Ostatnio pojawiło się wiele nowych, obiecujących nazwisk, powstały ciekawe antologie, chociażby "Wizje alternatywne" i "Co większe muchy"; "Fenix" i "Voyager" drukują niezłe teksty, penetrujące dziedziny omijane kiedyś przez krajowych fantastów, tzn. fantasy i horror. Także starsi pisane zmieniają pola problemowe i taktyki literackie. Zmieniła się diametralnie sytuacja w kraju, SF na to reaguje. To może dziwne, ale właśnie fantastyka to dziś jedyna gałąź literatury, która próbuje dogonić rzeczywistość. Mamy więc w tych utworach, zazwyczaj nowelach i opowiadaniach, Kościół jako instytucję potężną politycznie i finansowo, lecz zdemoralizowaną i fanatyczną, relacje religia - nauka - etyka, narkotyczne wizje i erotyzm, brutalną przemoc i terroryzm, politykę i ekologię. Czy to wszystko oznacza, że Twój katalog grzechów staje się powoli nieaktualny?

- Był aktualny w momencie, kiedy to pisałem. Ten artykuł, żywo wówczas dyskutowany, dotyczył polskiej fantastyki powojennej i uwzględniał utwory mniej więcej do połowy lat 80-tych. Wyłączyłem z pola interpretacji fantastykę socjologiczną, bo byłem w nią osobiście zaangażowany. Nie chciałem być posądzony o koniunkturalizm i reklamiarstwo, o gloryfikowanie własnego poletka. To było tak, jakbym scałkował pole pod krzywą - miałem wrażenie, że podsumowałem to, co się ukazało do chwili publikacji tego tekstu.

- Pamiętam, że w tym szkicu zahaczyłeś samego Lema o tytuły i o Pirxa, twierdząc, że jest to postać szablonowa i papierowa.

- O Pirxie sam Lem wyraził się w podobnym tonie. Niektóre moje zarzuty są niestety aktualne do dziś, bo są uniwersalne. Ja zresztą dość rzadko uprawiam taką krytykę systemową, rzadko próbuję szukać wspólnej tendencji. Nie mam czasu na czytanie wielu autorów i porównywanie, analizowanie etc. Poza tym w polskiej SF jest masa tekstów nie zasługujących na pobieżną nawet lekturę. Gdy ktoś jest autorem i krytykiem, to taka dwubiegunowa działalność bywa odbierana jako dwuznaczna. Gdy jednak bawię się w krytyka, to pisarz nazwiskiem Oramus dla mnie nie istnieje. Na tej samej zasadzie unikam ferowania entuzjastycznych ocen fantastyki socjologicznej.

- Może jednak łatwiej pisać o kolegach po piórze, gdy istnieje wspólnota pokoleniowa, a więc i lekturowa, światopoglądowa...

- Ziemkiewicz pisze krytykę, podobnie Inglot czy Kołodziejczak. Tak więc są pisarzami i krytykami, więc mój przypadek nie jest odosobniony. Przydałoby się, nawiasem mówiąc, więcej krytyków z zewnątrz, ale widocznie nikt nie chce się za to zabrać, bo nie ma z takiej roboty ani splendoru, ani pieniędzy.

- Za kogo w takim razie się uważasz w pierwszym rzędzie; za prozaika czy krytyka? Czy własny, wcale pokaźny dorobek pisarski ułatwia pracę publicystyczną?

- Jestem równocześnie pisarzem i krytykiem, a także dziennikarzem. Mam oczywiście takie okresy, kiedy pociąga mnie bardziej krytyka niż tworzenie literackiej fikcji, ale to są sfery komplementarne.

- Czy jako krytyk preferujesz jakieś nurty i odmiany SF?

- Preferuję fantastykę poważną, problemową, osadzoną jakoś w naszej rzeczywistości społeczno-historycznej. Nie lubię modnej dziś fantasy, którą traktuje się jako wyróżnik pokoleniowy. Niektórzy mówią: "Wy, starzy, piszecie tradycyjną, technologiczną hard SF, a my, młodzi, buntujemy się i robimy coś innego". Nie znoszę też horroru, który mam za gatunek odmóżdżony i żerujący na niskich instynktach. Gdybym miał moc wymazania z tego świata pewnych elementów, zacząłbym od horroru.

- Może Twoja niechęć do fantasy wiąże się z przynależnością do nurtu fantastyki socjologicznej.

- Twórcy fantasy kończą akcję w momencie, w którym ja dopiero bym ją rozpoczął. Lubię "twardą" fantastykę Lemowskiego typu. Nie czuję się mocny w baśni, micie czy legendzie.

- Może to jest właśnie poletko pisarzy-humanistów? Sapkowski w "Maladie" znakomicie strawestował "Dzieje Tristana i Izoldy".

- Może i tak. Swoją szansę twórczą widzę jednak w "przyziemnej" fantastyce naukowej, zorientowanej futurologicznie. Wolę pisać o tym, co się może przydarzyć ludzkości w najbliższym czasie. Piszę o tym bardziej na zasadzie przestrogi niż proroctwa. Natomiast jako krytyk podchodzę do SF pragmatycznie, robiąc krytykę użytkową, dla ludzi, którzy chcą czytać, ale nie orientują się w tym gąszczu. Po objęciu działu publicystyki w "Nowej Fantastyce" staram się kontrolować rynek SF w Polsce. Rocznie wychodzi około 250 tytułów z literatury i kilka z krytyki, ktoś to musi podzielić na ziarno i plewy. To ciężka i niewdzięczna robota. W każdym numerze dajemy 8-10 recenzji. Wpuszczam też na łamy krytykę przekrojową i systemową, widząc przy tym potrzebę rozszerzenia pojęcia fantastyki. Od tego właśnie jest krytyka, żeby dostrzegła i doceniła "Małą Apokalipsę" Konwickiego, którą uważam za dystopię. Takich pisarzy, którzy robili wypady na teren fantastyki, jest co najmniej kilkunastu. Niestety, nie ma nikogo do tej mrówczej roboty. Krytycy "głównonurtowi", jak Jarzębski, Maciąg czy Błoński, jeżeli zauważają SF, to poniżej Lema nie schodzą.

- W zasadzie trudno im się dziwić, chociaż np. Jastrzębski przyznał się mimochodem w rozmowie, że czytuje zachodnich autorów SF. Jest chlubny wyjątek: Andrzej Stoff z Torunia, autor dwóch arcyciekawych książek o Lemie, pisał też sporo o innych pisarzach, zajmował się także teorią kina SF. To krytyk uniwersytecki, który sam niegdyś publikował niezłe opowiadnia science fiction.

- W sumie jest to jednak partyzantka.





Następna strona
Poprzednia strona
Strona główna