Strona główna





      Zobaczył ich jak wychodzą z kawalerki Irmindy Zakos: barczyści, wypasieni, w białych fartuchach i białych furażerkach na głowach. Przody furażerek zdobiły emblematy z czerwonym krzyżem wpisanym w okrąg. Sądząc po jakości wykonania były pochodzenia zagranicznego. I. odetchnął z ulgą - to oni rozsiewali ten straszliwie obcy zapach. Z pękiem kluczy na palcu odsunął się, aby ich przepuścić.
      - Pan I., nieprawdaż? - zagadnął jeden z lekarzy przyjaznym tonem. I. potwierdził, zdumiony. Tamten, niczego na razie nie tłumacząc, łagodnym ruchem zdjął kółko z kluczami z palca. Zgrabnie zmieniając szyk ustawili się po obu stronach I., po czym wszyscy trzej ruszyli ławą w stronę mieszkania.
      Zza drzwi dobiegały jakieś hałasy. I. spojrzał zdumiony na ludzi w furażerkach, ale ten, co zabrał klucze, bez słowa nacisnął klamkę i szerokim gestem zaprosił go do środka.
      Mieszkanie I. było właściwie jednoosobową dziuplą, wygospodarowaną cudem w organizmie wielkiego bloku. Mogło powstać przez zlikwidowanie schowka na wiadra, szczotki czy szmaty; po doprowadzeniu wody i wydzieleniu wnęki udającej kuchnię nadawało się ze wszech miar do zasiedlenia przez samotną osobę. Wedle miejscowych standardów uchodziło nawet za przytulne, zaś jego lokator - za szczęściarza urządzonego życiowo, ponieważ nawet podczas największych słot deszcz nie lał mu się za kołnierz.
      Idąc od drzwi po trzech albo czterech krokach natrafiało się na ścianę z oknem. Jedna z szyb została wybita przez wiatr i od dłuższego czasu zastąpiona przez administrację zgrabnie przycietym kawałkiem dykty, ponieważ o szyby było trudno. Nadto szwankował w oknie mechanizm zamykający, toteż administracja zabiła je gwoździami. Rzecz jasna uniemożliwiało to mycie, tak że ilość światła wpadająca z zewnątrz z roku na rok zmniejszała się (przewidywał niejasno, że w końcu będzie musiał coś z tym fantem zrobić, ale chwilowo poprzestał na rozmyślaniu o tej sprawie. Po prostu miał ją na głowie; o okucia okienne było bardzo trudno.
      Pozostałe dwie ściany obstawione były półkami pełnymi książek, co dodatkowo uszczuplało metraż małego pomieszczenia. Pod sufitem paliła się naga żarówka na drucie, rzecz zasadniczo zakazana o tej porze, jednak rozumiał, że niecodziennych gości zmusił do tego brązowawy półmrok ciągnący od okien i uniemożliwiający pracę. Rozświetlony jaskrawym światłem pokój przypominał przesłuchiwanego aresztanta i zdawał się liczyć na wstawiennictwo ze strony I., ale I. obrzucił tylko spojrzeniem pokryte zaciekami ściany i wzruszył ramionami. Czuł, że musi jakoś zareagować na to, co się dzieje, a nie znajdując odpowiedniejszego gestu przekazał pokojowi i sprzętom całe swoje poczucie bezradności.
      W pokoju przebywało jeszcze dwóch mężczyzn w białych kitlach i furażerkach z czerwonym krzyżem wpisanym w okrąg. Jeden z nich siedział przy stoliku wysuniętym przezornie na środek, drugi, w naciągniętych gumowych rękawicach, wertował bez pośpiechu tomy z półki, wybierając jak leci. Na stole obok łokcia mężczyzny piętrzył się stos książek. I. poznał je natychmiast - i zbladł. Obok, bezwstydnie rozpostarty, leiał list do zagranicznej aktorki, w którym I. wyznawał jej w porywczych słowach miłość, jednak nigdy nie odważył się go wysłać. Mężczyzna siedzący przy stole na jedynym krześle przyglądał się I. badawczo przez grube binokle. Jego twarz pozostawała uprzejma, a nawet życzliwa. No i na cóż to panu było, drogi panie I., zdawało się mówić spojrzenie zza szkieł.
      Drugi z mężczyzn nie zareagował na wejście gospodarza, kontynuując swe zajęcie z cierpliwością automatu. I. skupił na nim zainteresowanie, ponieważ tamten sięgał właśnie po tom, w którym I. miał schowany banknot o nominale tysiąc peso. Mężczyzna znalazł go oczywiście, przez chwilę oglądał z bliska, ujmując za rożek obleczonymi w gumę palcami, a potem najspokojniej w świecie umieścił w kieszonce na piersi. I. chciał zaprotestować, zaczął chyba nawet coś mówić, lecz pod wpływem kpiącego spojrzenia mężczyzny przy stole głos uwiązł mu w gardle.
      - Obywatel I., jak sądzę? - stwierdził raczej niż zapytał mężczyzna przy stole. Głos miał łagodny, jego ciepły timbre zdawał się rozpraszać wszelkie wątpliwości co do tego, że właściciel rad by nieba przychylić bliźniemu. - Niechże pan pozwoli bliżej. Co tak sztywno? Jest pan w końcu we własnym mieszkaniu, drogi panie.



Następna strona
Strona główna