Strona główna
Spis treści






        - Czego się pan boi? - zwrócił się do skazańca Emmery. Zaczął z szelestem wertować odebrane od strażnika papiery. Zawierały wszystko, co potrzeba. - Ćwiartowanie przed kamerą naiwnych panienek zawsze powinno kończyć się w ten sposób. Co pan mówi? Że nie?
        Filmowiec posłał przed chwilą w jego stronę niewyraźne przekleństwo, lecz nie odważył się powtórzyć go głośno.
        - Niech się pan rozbierze - powiedział Emmery, siadając za pulpitem, na który wcześniej rzucił papiery. Oparł się na nich wygodnie łokciami, ujął w dłonie wygolone policzki, jakby za chwilę zamierzał zdjąć sobie głowę w celu zademonstrowania jej audytorium. Siedząc w ten sposób, miał przed sobą strażnika, a skazańca z boku. Nie musiał wcale na niego patrzeć, żeby wiedzieć, iż stoi nieruchomo i nie reaguje na polecenie. Emmery lubił oszukiwać ludzi, pozorując zamyślenie albo brak uwagi.
        - No, na co pan czeka? - odezwał się znużonym głosem. - Chyba nie spodziewa się pan, że będę się z panem bił, by zechciał pan zdjąć ubranie... prawda, panie Puthovan?
        Puthovan to było nazwisko strażnika.
        - Myślę - powiedzial Filmowiec - że to nie ma znaczenia.
        - Co nie ma znaczenia? - zainteresował się Emmery.
        - Czy zdejmę ubranie, czy nie. Jeśli to panu nie przeszkodzi, wolabym nie umierać nago.
        - Panie Berkovitz - powiedział Emmery po krótkiej chwili, nie zmieniając głosu ani o ton - pańskie widzenie spraw nie bardzo pokrywa się z rzeczywistością. Można w końcu zrozumieć, że pilno panu do odbycia nałożonej przez sąd kary, ale sprawiedliwość na tym statku nie zasadza się na sprincie. Wyrok śmierci stałby się zanadto podobny do popołudniowej pieszczoty, gdyby miał być wykonywany natychmiast. Żeby pan pojął, co to znaczy umrzeć, musi pan sobie najpierw przypomnieć, co znaczy żyć. Innymi słowy po małym zabiegu - nawet panu powiem, na czym będzie polegał - zostanie pan wypuszczony na wolność. Będzie pan miał do dyspozycji dobę. Po tym czasie złapią pana z powrotem, odłowią jak karpia, wyrwą z samego środka uciech, może nawet rozkoszy - i oddadzą katu. Umierając musi pan żałować życia, nie ma rady.
        Filmowiec stał, milcząc ponuro. Nagle podniósł głowę; Emmery odnotował jego ożywienie z satysfakcją, mimo że nadal z okrągłą jak kula głową w dłoniach przyglądał się strażnikowi.
        - Nie wierzę panu! Dlaczego miałbym panu wierzyć?
        - Nie musi pan, drogi panie Berkovitz. Nie mam najmniejszego interesu przekonywać pana. Niech pan zdejmie ubranie i położy się na stole, bym mógł spokojnie pana zbadać, a następnie wszczepić panu mikrosygnalizator nastawiony na 24 godziny. Czyżby liczył pan na to, że w roztargnieniu zainstaluję go we wskazanym przez pana miejscu, a pan w pół godziny później wydłubie go stamtąd nożem? Potrzebny panu parawan?
        - Nie - Filmowiec opieszale zaczął zwlekać bluzę. - Gdzie się położyć?
        - Na tamtym stole - wskazał kciukiem za siebie Emmery. - Już? Ręce wzdłuż boków. Teraz pan uśnie. Proszę pomyśleć o czymś przyjemnym... o łące pełnej kwiatów, o pańskiej ostatniej faworycie, bo ja wiem? O tym, jak pan kręcił "Modliszki"... miał pan pod dostatkiem aktorek, żeby powtarzać ujęcia?
        - Niech pana szlag... - zaczął Filmowiec, ale zasuwająca się nad nim gondola stłumiła resztę słów.
        - Za godzinę będzie po wszystkim - rzekł Emmery do strażnika.- Chciałbym, żeby pan się gdzieś podział. Tak będzie lepiej.
        Strażnik bez słowa skierował się w stronę wyjścia. Wtedy Emmery zwlókł się z fotela niechętnie i poszedł je zablokować. Przed sekundą zawory wypuściły do gondoli porcję gazu usypiającego, bez barwy i bez zapachu. Oczy Filmowca straciły wyraz, patrzyły wysoko ponad pokrywą gondoli, zanim nie opadły na nie powieki.
        -Śpi - powiedział do siebie Emmery tak samo znużonym głosem. Prawie nie patrząc na klawiaturę, włączył na nowo układ dozujący. U wezgłowia wysunęła się cienka jak włos igła i ugodziła Filmowca nad uchem. Emmery tymczasem uklęknął obok stołu, otworzyl układ zabezpieczeń i przekręcił dźwigienkę w położenie oznaczone na skali na czerwono. Nie patrząc więcej na Filmowca, usiadł znowu przy pulpicie, żeby przeczekać, aż wstrzyknięty środek zacznie działać. Wewnątrz gondoli w tym czasie kłuły ciało Filmowca kolejne igły, stado przylg oblepiło gęsto jego czoło i skronie, krzątała się cała skomplikowana maszyneria, a Filmowiec poddawał się jej zabiegom z niegasnącym uśmiechem na twarzy, zadowolony, może nawet szczęśliwy.
        Emmery siedział przy pulpicie pogrążony w rozmyślaniach. Kiedy nikt go nie widział, kiedy nie było przed kim grać roli, którą sam sobie naznaczył, opadała zeń cała poza i stawał się po prostu niemłodym, zmęczonym człowiekiem.
        Dwa dni temu wezwał go Medicus.
        - Kolego Emmery - powiedział. - Trzeba żeby był pan pojutrze wieczorem do dyspozycji. Dziś albo najpóźniej jutro zostanie skazany niejaki Berkovitz, zwany Filmowcem... słyszał pan o tej sprawie? Będzie z nim trochę roboty.
        - Dlaczego ja? - zapytał swoim beznadziejnym głosem Emmery, po czym nie czekając na odpowiedź Medicusa, wyszedł.
        Nienawidził Medicusa - między innymi za jego stanowczość i nieprzystępność. Jak mogła wyglądać ich dalsza dyskusja, jeśli założyć, że Medicus zniżyłby się do dyskutowania własnej decyzji? - Panie profesorze, mówiłem już panu, że nie będę tego robił, żeby mnie wyłączyć. - Owszem, kolego Emmery, mówił pan. Co z tego, że pan mówił? - Jest to sprzeczne z etyką zwykłego śmiertelnika, a co dopiero lekarza. - Uważa się pan za lekarza, kolego Emmery? Wie pan, świat nie jest tak prosty, jak nam się często wydaje. Doprawdy jestem panu wdzięczny, że nie powołał się pan na Hipokratesa. Filmowiec jest osobnikiem chorym, męczy się w mikrospołeczeństwie - a ono męczy się z Filmowcem. Nie wpadło panu do głowy, że może pańską rzeczą jest przyniesienie ulgi obojgu? Minęły czasy, kolego, kiedy rola lekarza sprowadzała się do puszczania lub tamowania krwi, przeszczepiania śledziony i wycinania wyrostka. Dziś każdy członek społeczeństwa pełni w nim określoną rolę; wymagam, aby pojutrzejszy wieczór spędził pan tak, a nie inaczej. Niech sobie pan przypomni, że nie pracuje pan u mnie za darmo, że nie za darmo! Niechże to dotrze do pana, kolego Emmery! W końcu jestem pańskim przełożonym.
        Pieniądze i przełożeni, myślał Emmery: Dwa najplugawsze wynalazki ludzkości. Obydwa przeznaczone do upodlenia. Ludzie dla pieniędzy stają się bardzo podli - i tak samo z polecenia przełożonych. Kto ma podwładnych, może ważyć się na największą nikczemność - zlecając ją podwładnemu do wykonania, spycha zarazem nań odpowiedzialność i oczyszcza się od winy. A podwładny, gdy przyjdzie do rozliczeń wobec świata i ludzi, co może znaleźć na swoje usprawiedliwienie oprócz "ja tylko wykonywałem rozkazy"?
        Włączył ekran. Na zielonym tle pulsował krwawo encefalogram Filmowca. Kiedyś w sytuacji podobnej do tej zastał go Medicus - jego wejście zniosło blokadę pola. Spojrzał na zielony ekran, na dwie dodatkowe elektrody. Myślę, że nie powinien pan przychodzić tutaj w takich momentach, powiedział do niego Emmery. Medicus, nie patrząc na niego, wyszedł. Potem, wyznaczając Emmery'emu kolejne zadanie, powiedział półgłosem: Zdaje mi się, kolego, że pan po prostu lubi tę robotę. Ile razy Emmery myślał o tej chwili, tylekroć pragnął zabić Medicusa.
        Wykres się zmieniał, więcej było pików, rosła aktywność mózgu. Filmowiec budził się. Emmery włączył niewidzialny mikrofon wbudowany w pulpit.
        - Kochany panie Berkovitz - w jego głosie było tyle uczucia co w wyciętej wątrobie - minęła cała doba. Spał pan jak dziecko, więc postanowiliśmy nie budzić pana niepotrzebnie. Zna pan to powiedzenie: tylko zbrodniarz potrafi zbudzić śpiącego bez powodu? Nie, nie musi pan potwierdzać, pański narząd mowy został chwilowo odłączony. Również starania by uruchomić kończyny, są bezcelowe - ciało pana nie słucha.Włączony, jeśli tak wolno rzec, jest pański mózg oraz wszystkie zmysły, aby mógł pan umrzeć w pełni świadomie. Widzi pan, wpadliśmy na pomysł, żeby zaoszczędzić panu całodobowego wysiłku i zaaplikować nieco neuraxu - właśnie dzięki niemu przypomniał pan sobie we śnie najszczęśliwsze chwile w swoim życiu. Prawda, że i panu takie wyjście wydaje się lepsze? Teraz natomiast nadszedł czas, panie Berkovitz, aby pożegnać się ze światem.
        Przełknął ślinę. Wpatrywał się w rozkołysany ideogram niemal z rozkoszą.
        - Dlatego właśnie pozwoliliśmy sobie niepokoić pana przebudzeniem. Decyzję tę podyktowały względy humanitarne. Uznaliśmy, że miałby pan do nas uzasadnione pretensje, gdybyśmy pozwolili panu po prostu zasnąć; sen jest bratem śmierci, ale zaledwie przyrodnim. Za minutę spotka się pan oko w oko z siostrą snu. Poeci twierdzą, że jest piękna - a pan lubi piękne kobiety, nieprawdaż? Odpowiedni preparat krąży już w pańskich żyłach. Umrze pan nagle, gdyż takie jest prawo skazańców. Czy nic pan jeszcze nie czuje? Nic pan nie przeżywa? Zostało panu trzydzieści sekund, niech pan korzysta z nich jak może. Dwadzieścia pięć. Dwadzieścia. W imieniu załogi "Dziesięciornicy", Prezydenta i własnym żegnam pana, kochany panie Berkovitz.


(fragment II wydania powieści, str. 106-109)






Strona główna