Jak to się zaczęło... |
|
Z początku (pomimo tego, iż mieszkałem w mieście otoczonym górami) nic na to nie wskazywało, że Góry staną się czymś
ważnym w moim życiu. Ot, wyglądając przez okno obserwowałem takie tam pagóry...
Pewnego razu, zupełnie dla mnie niespodziewanie, mój Tata wziął mnie na wycieczkę na Giewont.
Miałem wtedy coś około 10 lat. Wtedy też - na miejscu - przekonałem się, że Góry nie są (jak by na to wskazywała nazwa)
dostępne tylko dla górali, a Tatry - tylko dla taterników!
Poza tym, chyba po raz pierwszy, tak namacalnie zetknąłem się z wysokogórskim krajobrazem
i specyficzną przyrodą - tak różną od tej, oglądanej na codzień w mieście, czy nawet na wsi.
Nie od razu jednak złapałem bakcyla. Potrzeba było jeszcze kilku takich wycieczek, aby coś "zaskoczyło".
|
|
Pierwsze kroki... |
 |
Regularne wyjazdy w Góry zacząłem gdzieś pod koniec 7 klasy podstawówki. Początkowo
chodziłem z moimi przyjaciółmi. Na razie - najbliższe otoczenie Nowego Sącza, a więc
Beskid Sądecki i Pieniny. Raczej tylko po znakowanych szlakach. Wyszedłem z założenia,
iż na chodzenie "na dziko" przyjdzie czas później - na razie i tak wystarczało mi szlaków na parę lat chodzenia.
Pierwsze wycieczki, pierwsze przygody i pierwsze doświadczenia... Przetrwaliśmy z przyjaciółmi
załamania pogody, błądzenie (bo szlak źle wyznakowany!), zdarzały się ataki na wpół zdziczałych krów,
bo skrót prowadził gdzieś przez używane jeszcze pastwisko... Powoli zaczynałem nabierać pewności siebie.
Pod koniec szkoły podstawowej zacząłem samodzielne wędrówki. Stopniowo zataczałem wokół Sącza
coraz większe kręgi: Beskid Wyspowy i Niski, potem Gorce, Beskid Mały,
Żywiecki i Makowski, na sam koniec pozostały Bieszczady i Beskid Śląski.
Po Tatrach wtedy jeszcze nie chodziłem. Pomimo pierwszych doświadczeń wydawały mi się one jakby na
razie nieosiągalne.
|
|
Kroki wtóre... |
|
W liceum eksploracja Gór nabrała rozmachu. Zacząłem jeździć w Tatry. Stwierdziłem, że i tam
można chodzić, nie będąc przy tym wysokiej klasy wyczynowcem!
Mniej więcej wtedy doszedłem do wniosku, że skoro tak dobrze idzie mi "gra w te klocki", to
czemu miałbym nie zrobić (kiedyś) uprawnień przewodnickich? Tak! to było to! Jednak trzeba było jeszcze
na to poczekać kilka lat, aż zacznę studia.
Niezwłocznie po pojawieniu się w Krakowie, zapisałem się na kurs przewodników beskidzkich
prowadzony przez Studenckie Koło Przewodników Górskich
w Krakowie. Wszystko wyglądało pięknie, ale był jeden szkopuł: kurs miał trwać ponad półtora roku, a dopiero po nim można
było przystąpić do egzaminu. Dla mnie - kąpanego w gorącej wodzie - stanowiło to nie lada wyzwanie.
W końcu, doszedłem jednak do wniosku, że skoro czekałem na to już kilka lat, to i te półtorej roku jakoś dam
radę wytrzymać.
|
|
Kurs przewodnicki w SKPG |
 |
Szkolenie w Kole, to nie tylko wyjazdy w Góry i zaliczanie kolejnych szczytów, dolin, szlaków, polan,
schronisk, etc. Góry, to nie tylko pagóry... To także przyroda, historia, etnografia, architektura -
superpozycja wielu czynników, swoisty konglomerat wielu dziedzin, a i za razem jakiś metafizyczny byt,
będący wartością samą w sobie.
Uczestnictwo w kursie implikuje wtłaczanie pod ciśnieniem (grupy, kierownictwa
kursu oraz własnej ambicji) do organu zwanego popularnie mózgiem potwornej ilości informacji.
Poza tym wspólne wycieczki i obozy, od Cieszyna po źródła Czeremoszu, latem, wiosną, zimą i jesienią.
Pyszna zabawa! Gdzieś w międzyczasie wewnętrzny egzamin "połówkowy".
I tak minął cały kurs... 27 IV 1997 zdałem egzamin przed Państwową Komisją Egzaminacyjną (w jej skład weszli: Staś Figiel,
Olek Dymek i Piotrek Krzywda) i uzyskałem uprawnienia przewodnika beskidzkiego klasy III.
|
|
Kurs przewodnicki w AKPT |
 |
Idąc dalej za ciosem, zapisałem się na kurs przewodników tatrzańskich prowadzony przez Akademickie
Koło Przewodników Tatrzańskich (nota bene: które oderwało się od SKPG gdzieś w latach osiemdziesiątych).
W tym jednak przypadku poprzeczka postawiona była o wiele wyżej.
Jak łatwo zauważyć (jeśli nie z autopsji, to choćby na podstawie lekcji geografii, o których niejeden chciałby już zapomnieć).
Tatry to nie Beskidy, choć niby pod tymi obiema nazwami kryją się po prostu Góry. Tatry to nie "jakieś tam" Góry, ale dla każdego
mieszkańca kraju nad Wisłą kwintesencja Gór... symbol tak znaczący dla pokoleń współczesnych Stolarczykowi, Chałubińskiemu, Tetmajerom,
Orkanowi, Szymanowskiemu, itd. Ponieważ Tatry to Góry o charakterze alpejskim, w porównaniu do Beskidów, pojawiają się nowe jakości,
które rzutują na wymagania stawiane przewodnikowi, a to z kolei wpływa cały proces szkolenia.
|
|
A może wyżej... |
 |
Z czasem odkryłem nowe możliwości poruszania się po Tatrach. Pokorne chodzenie szlakami przestało już bawić, ergo:
zaczyąłem chodzić tam, "gdzie puszcza". Koleją rzeczy przyszedł kurs skałkowy (tak, żeby oswoić się ze
szpejem). Odtąd Dolinki Podkrakowskie na zawsze zaczęły kojarzyć mi się z fantastycznym i niekonwencjonalnym
Markiem Kozickim, który został moim pierwszym mistrzem wspinania. (Kto słyszał, żeby na
kursie skałkowym uczyć haczenia?). Niestety w lutym 2001 Pan powołał Go do siebie. Odtąd, zawsze, kiedy będę w skałkach albo będę
przechodzić koło "Betlejemki", będę miał przed oczami jego sympatyczną postać.
Kolejny etap "oswajania" Gór to kurs taternicki. Pod czujnym okiem Ryśka Gajewskiego (no coż, miał trochę roboty...),
powtarzałem klasyczne przejścia kursowe,jak np. żebra Granatów, Kościelce ze wszech stron, filar Świnicy, klasyczną na Mnichu,
kopułę szczytową MSW czy wreszcie pd. ścianę Zamarłej Turni. Wreszcie nerwowy egzamin w "Betlejemce" i karta
taternicka, która otwiera - dla takiego jak ja delikwenta - cały Świat Tatr i Gór Wysokich w ogóle: "gdzie wola - tam droga".
|
|
Ech!... to Zakopane... |
|
Aby odpowiednio uczcić koniec wieku oraz nadejście nowego tysiąclecia należało zafundować sobie jakieś nietypowe atrakcje...
No i zafundowałem sobie...
Pierwszy państwowy egzamin przewodnicki po wejściu "rozporządzenia Prezesa RM w sprawie
przewodników turystycznych i pilotów wycieczek". Głownymi aktorami byli: Paweł Skawiński, Piotrek Konopka,
Gienek Lichota, Maciek Pawlikowski, Józek Michalec, Jasiek Roj, Poldek Rajwa, Robert Janik, Jacek Mizerski.
Zapewniam wszystkich, że ci Panowie dostarczają wrażeń przynajmniej o rząd wielkości większych,
aniżeli jakikolwiek, mniej lub bardziej, znany horror amerykański. Ale, jak to mawiają: jest ryzyko, jest zabawa...
Koniec końców zdobyłem upragnione szlify przewodnika tatrzańskiego.
|
|
Nie tylko Karpaty... |
 |
Jak dotąd, całą moja działalność górska koncentrowała się na Karpatach (nie licząc drobnego wypadu w Sudety). Najwyższy czas
wychylić się poza rodzime góry. Wybór padł na Alpy. Na dobry początek (powodowany rzecz jasna ambicją, której mi nigdy nie brakowało)
postanowiłem "zrobić" jakieś klasyczne drogi. Myśle, że najlepiej odda to krótki limeryk, który wyszedł spod pióra mojego towarzysza podróży
Darka Dyląga:
Matterhorny i Blanki stanęły z nami w szranki, lecz padły na lice, a z nimi Wildspitze...
Teraz pewnie będę w Alpy powracał jeszcze nie jeden raz...
|
|